ORANSSI PAZUZU – Psychodeliczna magia z Krain Tysiąca Jezior

Lubicie koncerty, na których zapomina się o świecie istniejącym na zewnątrz klubu / hali, bo muzyka zabiera w podróż w zupełnie inny wymiar? Koncerty, na których doświadcza się czegoś magicznego? Na których artysta z miejsca bierze cię we władanie i nie puszcza do samego końca? W przypadku odpowiedzi odmownych na powyższe, nie czytaj dalej, szkoda czasu. Jednakże jeśli odpowiedzi są na „tak”, koniecznie wybierz się na koncert Oranssi Pazuzu, jeżeli jeszcze nie miałeś/-aś okazji ich widzieć. Płyty nie są tylko produkcją laboratoryjną, wyłączną ekspozycją ich niebywałego talentu. Ten w pełnej krasie eksploduje właśnie podczas występów.

Oranssi Pazuzu, Outre, Fleshworld – Kraków, Rotunda, 14.03.2016

Krakowska „Rotunda” nie jest moim ulubionym miejscem koncertów. Doświadczyłem w nim nieprawdopodobnych brzmieniowych „fakapów”, których długo nie zapomnę (szczytowym gig Skinny Puppy sprzed paru lat). Świadomość, że mają w niej zagrać dwa zespoły, w których przypadku klarowność, selektywność ma kolosalne znaczenie, wywołała u mnie spory niepokój. Bo przecież zarówno muzyka Outre, jak i Oranssi Pazuzu zawiera dużo smaczków, warstw, czarujących z płyty. Nie chciałem, aby zostały pogrzebane na żywo w dźwiękowej magmie. Piszę o dwóch, bo Fleshworld wcześniej nie był mi znany. Już ich koncert trochę ostudził moje obawy o brzmienie, bo kapela pod tym kątem zaprezentowała się dobrze. Muzycznie? Amalgamat post metalu, post rocka, z dość wyraźnie zaznaczonym hardcore’owym pierwiastkiem. Dzięki lekkie obsuwie, Fleshworld zobaczyło całkiem sporo osób, które przyjęły krakowską formację więcej niż życzliwie. Lubisz coś pomiędzy Neurosis, Isis, Deafheaven, Black Flag? Ten zespół powinien znaleźć się wśród tych, które w najbliższym czasie sprawdzisz. Mają już na koncie płytę, pracują nad kolejną.OP1

Po koncercie Outre obiecywałem sobie dużo, bo Ghost Chants była jedną z moich ulubionych płyt 2015 roku. W dużej mierze ze względu na wokale Stawrogina, ale również z powodu wspaniałych klimatów, jakie krakowska grupa na albumie zawarła. W „Rotundzie” Outre dało jednak wszystkim bardzo mocno do zrozumienia, że jest zespołem przede wszystkim blackmetalowym, ekstremalnym, bezkompromisowym. Przy mikrofonie nie stał Stawrogin (choć przysiągłbym, że mignął mi w klubie), lecz Tymek Jędrzejczyk, znany z Ragehammer i jeszcze paru innych zespołów/projektów. Świetny wokalista, jednakże o zupełnie innej charakterystyce. Mniej klimatyczny, nawiedzony aktor, jakim na płycie jest Stawrogin, więcej sceniczny zwierz, którego tak rozpiera energia, że ma się wrażenie, iż facet za moment eksploduje. Miotający się po całej scenie, z ponurą miną, wspaniale przerażająco krzyczący do mikrofonu. Podobał mi się ten występ. Aczkolwiek odniosłem dość silne wrażenie, że nie tylko ja, lecz również sporo innych osób w klubie, spodziewało się więcej tych momentów klimatycznych, zawiesistej, niepokojącej aury, którą chcieli kontemplować, aniżeli wariackiego rozbijania się w circle picie pod sceną, do czego Tymek parokrotnie, z dość marnym skutkiem, namawiał. Pod względem wykonawczym była to mniej więcej ta sama klasa, jakiej doświadczyłem parę miesięcy temu, kiedy w tym samym miejscu wszystkie bilety wyprzedała Mgła.OP

Mając w głowie świeżutkie wrażenia z Outre, trochę się bałem, że Oranssi Pazuzu też może postawić na moc, bo w końcu black metal też jest ważną częścią składową ich stylu. Obawy prysły już w pierwszym utworze. Finowie bawili się na scenie niczym jacyś alchemicy, którzy na oczach tłumu warzą miksturę, w której mieni się parę rozmaitych składników, oprócz black metalu także rock progresywny, post metal, space rock, psychodelia. Zrobili to w taki sposób, że bez trudu można było odnieść wrażenie, że spotkali się na próbie, aby sobie poimprowizować. Z tą różnicą, że na próbie pojawiło się kilkaset osób. Niestety, tytuły utworów są w zdecydowanej większości w ich języku ojczystym, którego znajomości nie posiadam i które głowy mi się nie trzymają. Na pewno słyszałem co najmniej kilka kompozycji z wydanego nie tak dawno kapitalnego albumu Värähtelijä. Oranssi Pazuzu zagrało w sumie między osiem a dziesięć utworów. Dokładnej liczby nie podam, bo najzwyczajniej w świecie, gdy tam stałem i słuchałem, wszystko co działo się na scenie utworzyło dla mnie jeden spektakl wypełniony niesamowitymi muzycznymi barwami, które malowali przede mną ci niesamowici Finowie. Nie tracili czasu na bratanie się z ludem, zapowiedzi. Konferansjerkę bardziej rozbudowaną ma chyba nawet Maynard James Keenan z Tool (a wierzcie mi, którzy Toola nie widzieliście, nazwać ją oszczędną to hiperbola), lecz kompletnie nie miało to dla mnie znaczenia. Miało natomiast to, że Oranssi Pazuzu porwało mnie do innego świata, sprawiło na kilkadziesiąt minut, że nic poza muzyką nie miało znaczenia. Sądząc po gorącej owacji, jaką Finom zgotowano, nie tylko ja tak się czułem.

Takich koncertów chciałbym doświadczać jak najczęściej. Świetnie mi się dzieliło tymi spostrzeżeniami, słuchając zakupionego od pracującego na merczu basisty OP „Kosmonument”, kolejnej perły w dorobku fińskiej formacji. Było głośno jak jasna cholera. Jeszcze przez półtora dnia dzwoniło mi w uszach, ale – jak to mówiła jedna z koleżanek – bolało aż miło. Bardzo, bardzo miło.

Lesław Dutkowski

Zdjęcia: Michał Bochenek (Do tańca, nie do różańca)