OFF FESTIVAL – najważniejsza jest muzyka

Okrągłe rocznice, choć są świetną okazją do świętowania, noszą w sobie często hektolitry pompatyczności, chałtury i niepotrzebnego blichtru, które zamiast wpływać na korzyść całego wydarzenia, skutecznie utrudniają pozytywny jego odbiór. Zjawisko to bez wątpienia uniwersalne, zauważalne zarówno podczas 20 rocznicy ślubu waszych rodziców jak i na festiwalach muzycznych, tego małego jak i dużego kalibru. 10 edycja katowickiego Off Festivalu nie dość, że jest właśnie tą jubileuszową, to jeszcze zalicza się do festynów tej drugiej kategorii. Już wyjaśniam dlaczego: o jego wymiarze nie świadczy frekwencja bijąca wszelkie rekordy wszechświata, przewyższająca liczbę uczestników, dajmy na to, Lollapaloozy. Jak w jednym z wywiadów wspomniał Artur Rojek, liczebność festu zamyka się w granicy 15 tysięcy osób. O jego jakości świadczy coś innego, o wiele ważniejszego, a mianowicie… muzyka.

Choć stwierdzenie to trąci infantylnością na setki tysięcy mil, odnoszę wrażenie, iż niektóre osoby wciąż domagają się powtarzania takich potwornych oczywistości. Bądźmy szczerzy: kiedy po tych 3 dniach wracacie umęczeni do domu, wolicie czytać o egipskich upałach panujących w całej Polsce, drogim piwie, i co na najważniejsze, o nikczemnym i haniebnym procederze konfiskaty korków należących do WASZYCH butelek? Liczę na odpowiedź przeczącą. Zatem nie będzie o pogodzie, tańsze piwo można znaleźć w osiedlowej Biedronce, a korki, o ile wcześniej płakaliście z ich powodu, możecie wsadzić sobie… do kieszeni. Żeby nikt nie próbował wam ich ukraść. Jeszcze tytułem wstępu, ostrzegam, iż relacja ta nosi wszelkie znamiona subiektywizmu i wybiórczości, stanowi ona raczej zapisek ze wspomnień uczestnika festiwalu, a nie oddelegowanego przez redakcję „Muzycznej Przygody Lata” żurnalisty.

Kiedy staram się poukładać w głowie wszystkie fakty tego co, gdzie i kiedy zobaczyłem, w głowie pojawia mi się jedna myśl: koncert The Stubs był naprawdę zajebistym otwarciem tych trzech, równie zajebistych, dni. W Dolinie 3 Stawów zjawiliśmy się chwilę przed godziną 17, toteż czym prędzej udaliśmy się pod Scenę Leśną, aby odtańczyć nasze „salvation twist”. Muzyka warszawiaków jest idealnym odzwierciedleniem poglądu, który głosi, że w graniu liczy się wyczucie, szczerość i energia, a nie przyprawiająca o mdłości wirtuozeria i zgnilizna, wśród wielu uchodząca za wysmakowanie. The Stubs zaserwowali zgromadzonym słuchaczom danie trochę chamskie, proste i podane raczej niechlujnie, przez co właśnie prawdziwe i stanowiące godny zapamiętania koncert.

Następnym „przystankiem” był koncert Szkotów z Young Fathers. Choć początkowo nie bardzo wiedziałem czego mogę się spodziewać, panowie do swojej twórczości przekonali mnie niezwykle szybko, bez zbędnego ociągania się. Rozkminy w stylu „to jeszcze rap, czy już nie?” odłożyłem na bok (chociaż teraz, gdy piszę te słowa, wiem już, że to coś o wiele więcej) – energia bijąca ze sceny, naprawdę dobre melodie przeplatane z nietuzinkowym hałasem i mocnymi bitami (a dzięki obecności żywej perkusji siły było naprawdę sporo), a co najważniejsze, naprawdę ogarniętymi wokalizami i cholernie żywą prezencję trójki wokalistów, namiot pod egidą Trójki, zaczął się trząść u swoich podstaw. To w ogóle jedna z mocniejszych stron tego festiwalu – nie musicie znać ani jednego z występujących artystów, możecie mieć jednak pewność, iż nudy tu nie uświadczycie.1

Już po zapadnięciu zmroku na Scenie Głównej pojawiła się Susanne Sundfor wraz ze swoim zespołem. Muszę przyznać, że jej koncert był przeze mnie dosyć mocno wyczekiwany, jednak nie mogę ukryć, że trochę się zawiodłem. Wszystko było w najlepszym porządku, do roboty muzyków nie można mieć absolutnie żadnych zastrzeżeń, ale całość wypadła bardzo nijako, wręcz bezpłciowo. Ot, kilka tanecznych momentów połączonych z kilkoma ładnymi melodiami, równie ładnym głosem Susanne (choć jej ruchy sceniczne mogą przypominać trochę xxx), stworzyły całość poprawną, ale nie urywającą głowy. Tak więc nieco zawiedziony, gdzieś w okolicach godziny 23 udałem się znowuż na Scenę Leśną, aby wyjść całkowicie odmienionym. Chwilę później bowiem rozpoczął się koncert (czy raczej misterium) Sunn O))). Choć wielokrotnie obcowałem z ich dokonaniami studyjnymi, muszę przyznać, iż nijak ma się to z doświadczeniem tej twórczości na żywo. Owo doświadczenie było rzeczą mogą sprawić wręcz fizyczny ból, z uwagi na wysokość decybeli osiąganą przez zakapturzonych muzyków, przez co całość wykraczała daleko poza granice odczuwania muzyki, za główny cel obierając sobie poczucie (całym sobą) samego dźwięku, przepływającego od czubka naszej głowy, poprzez resztę ciała, kończąc na stopach i rozchodząc się dalej po ziemi. Znane są już relacje niektórych uczestników, którzy skarżyli się na utrudnioną możliwość rozmowy na terenie festiwalu czy samych mieszkańców Katowic, którym również nie w smak był ten audialny atak. Znaczy, że cel został osiągnięty. Na uwagę zasługuje także, oprócz nieludzkiej ilości dymu bijącej ze sceny i rozchodzącej się po terenie festiwalu, prezencja sceniczna Atiilli. Upiorne wokalizy połączone z masą sprzężeń, najniższymi tonami jakie jest w stanie usłyszeć (czy raczej poczuć) człowiek prawie zakopały żywcem zgromadzoną pod sceną publiczność. Upiorne, mało komfortowe, ale piękne zarazem było to przeżycie. Panowie udowodnili, iż na bok odstawić można dywagację co muzyką można nazwać, a co już nie, wszystko w myśl swojej maksymy „maximum volume yields maximum results”.

Drugi dzień, najbardziej intensywny koncertowo jeśli o mnie chodzi, rozpoczął się okoły godziny pod znakiem towarzyszy z zespołu Kinsky. Ich powrót po latach stagnacji był wspaniałą wiadomością, nie gorszą od samego koncertu, czy raczej performansu połączonego z muzyką, który odegrali przed offową publiką. Zachowanie muzyków na scenie, sama muzyka i cała otoczka towarzysząca temu wydarzeniu mogły przyprawić o zawrót głowy. Było bowiem ciężko (pod każdym względem) i wbrew wszelkim regułom. Połamane, dla wielu niemalże asłuchalne kompozycje przeplatane były bowiem z różnego rodzaju teatralnymi zagrywkami, z czego najbardziej godnym zapamiętania było chyba utworzenie na scenie procy z której wokalista ciskał w zgromadzonych ludzi papierowymi kulami (a wszystko przy akompaniamencie zapętlonej, góralskiej muzyki). Jednym słowem: było naprawdę dziwnie, ale raczej ciężko będzie to spotkanie wymazać z pamięci. A gdy jako ostatnie poszło „Światłem ciała jest oko” – byłem wniebowzięty. Jedyne czemu się dziwiłem to stosunkowo niska frekwencja na ich koncercie. Trudno, nie przeszkodziło to w cholernie dobrym odbiorze ich audialno-teatralnych wygibasów.

Następnie, kierowany ciekawością, poszedłem sprawdzić, jak wypadną na żywo ludy Syberii pod postacią zespołu Huun Huur Tuu. Na całości koncertu nie udało mi się pozostać, jednak to co usłyszałem też pozostawiło we mnie mocne wrażenie. Początkowa, delikatna muzyka wygrywana na tradycyjnych instrumentach przeszła nieoczekiwanie w a capella, gdzie czterech muzyków pokazało, co to znaczy mieć wokalny talent. Brzmiało to tak, jak śpiewa spoza tego świata, głęboki niczym z najciemniejszej jaskini. Wierzcie mi, ciarki przeszły po plecach niejednej osobie.

Mały dylemat czy udać się na koncert Sun Kil Moon lub też ILoveMakonnen zakończył się z korzyścią dla tego drugiego. Choć jego ep-ka gościła wielokrotnie na moich słuchawkach, to sam występ wydał mi się mocno przeciętny. Ot, poszło kilka hitów, można było pobujać się w rytm muzyki, ale odniosłem wrażenie, iż samej prezencji Makonnena brakowało energii, czegoś więcej, niż tylko poskakania na scenie i odegrania beznamiętnie swoich wałków. Powodem tego nie był chyba brak obecności Drake’a w singlowym „Tuesday”, sam nie wiem, tak więc nieszczególnie poruszony wybrałem się pod Scenę Leśną, aby połączyć się z kosmosem dzięki muzyce Sun Ra Arkestra. Spuścizna po nieżyjącym już, niestety, bogu słońca (album „Lanquidity” jest według mnie nieocenionym do dziś majstersztykiem) została odegrana tak jak być powinna – z impetem, kosmiczną energią, mnóstwem free-jazzowej improwizacji, a nawet tanecznych popisów niektórych z muzyków obecnych na scenie, a warto wspomnieć, iż orkiestra ta należy raczej do licznych. Bywały momenty spokojne, w których wokalistka (swoją drogą jedyna kobieta w składzie) snuła swoje „space is the place”, jednak całość zaliczam do bardzo energicznych występów. Cieszy to, że pośród miliona młodych, nieraz bardzo dobrych, alternatywnych kapel, znalazło się też miejsce dla klasyki przez duże „K”, wyzbytej patosu i po prostu prawdziwej. Drugi dzień festiwalu zakończyłem najbardziej chyba wyczekiwanymi przeze mnie wtedy koncertami. Pierwszym z nich był akrobatyczny pokaz Dillinger Escape Plan. Przyznam, że zobaczenie ich znowu na żywo po blisko 5 letniej przerwie utwierdziło mnie w przekonaniu, iż pewne marki się po prostu nie starzeją. Mimo, iż ich opus magnum jest dalej według mnie „Calculating Infinity”, to trzeba przyznać, że kawałki pochodzące z ostatniej płyty („One Of Us Is The Killer” – przyp. Kevin) to na żywo prawdziwe petardy. Ben Weinman to gitarowo-sceniczna bestia, tak samo zresztą jak Puciato i cała reszta (swoją robotę wyśmienicie wykonuje także najnowszy członek gangu Dillingera – xxx), z uwzględnieniem połamanych blastów perkusisty. Stojaki mikrofonowe latały, ludzie także. Tabuny kurzu unosiły się pod sceną, a obecność „43% Burnt” czy „Panasonic Youth” dopełniły bardzo dobrego obrazu całości. Trudno się dziwić, oglądanie takich profesjonalistów w akcji zawsze będzie przyjemnym i podnoszącym poziom adrenaliny we krwi doświadczeniem. Ostatnią, przynajmniej dla mnie, okazją do zachwytów było odegranie przez Xiu Xiu muzyki z „Twin Peaks”. Na wstępie kilka uwag: sam serial jak i ścieżkę dźwiękową Angelo Badalamenti uważam za jedne z tych dzieł sztuki, które w jakiś sposób mnie ukształtowały. Serio, rzadko bywa w życiu, aby dwie rzeczy tak dobrze się uzupełniały i oddziaływały na siebie wzajemnie. Uważam także, iż grupa dowodzona przez Jamie’ego Stewarta jest jedną z najdziwniejszych i najciekawszych zarazem grup nowoczesnej muzyki w ogóle, bez zbędnego podziału na gatunki. Jednak, nie będę ukrywał, iż pewne obawy miałem. Scenariusze były bowiem dwa: albo Xiu Xiu zaprezentuje coś wspaniałego lub też da ciała po całej linii. Wyszło jednak na to pierwsze. Czytałem opinie, iż interpretacja Xiu Xiu okazała się dla niektórych sporym rozczarowaniem, to jednak nie jestem w stanie zgodzić z tymi opiniami. Piękno i ta specyficzna melodramatyczność oryginalnej ścieżki dźwiękowej, została wzbogacona (lub też zmodyfikowana) o jeszcze bardziej specyficzną muzykę tria. Bywały więc momenty w których motyw z „Bookhouse Boys” przechodził w potężną ścianę dźwięku lub też znerwicowany i teatralnie przesadzony śpiew Jamiego. Mimo drobnych problemów ze sprzętem, całość wyszła po prostu rewelacyjnie. Nie utracono nic z mrocznego i tajemniczego klimatu serialu, to co dobre, zostało bowiem wzbogacone o coś tak samo dobrego. Cieszę się więc, iż dane mi było posłuchać tego na żywo.2

Ostatni dzień rozpoczął się dla mnie pod znakiem twórczości Innercity Ensemble. Ich ostatni, swoją drogą świetny, album „II” był dobrym powodem, aby zobaczyć chłopaków na żywo. Nie będę ukrywał, że i tutaj nie przeżyłem zawodu, a bardzo ciekawe, muzyczne doświadczenie. Było transowo, mocno perkusyjnie, odnosiłem także wrażenie, że zespół z każdą minutą rozkręca się coraz bardziej, toteż wrażenie było coraz lepsze. Poszło także moje ulubione „Black 6”, tak więc bardziej zadowolony z ich koncertu wyjść nie mogłem. Następnie wpadłem na chwilę zobaczyć jak radzą sobie nasi rodacy z Decapitated. Ujmę to tak: zarzutów co do chłopaków nie można mieć absolutnie żadnych, bo rzeźnię na scenie zrobili naprawdę konkretną, ale sam nie jestem ortodoksyjnym fanem death-metalu, tak więc po kilku kawałkach ulotniłem się spod sceny. Zanim nastąpił mój grand-finale, udało mi się obejrzeć fragment występu Algiers. Jeśli na ich temat pojawia się w prasie muzycznej dużo dobrych opinii, to są one całkowicie zasłużone. Post-punkowa burza przeplatana spokojniejszymi momentami, i jedyne do czego mam zastrzeżenia, choć wynika to tylko i wyłącznie z osobistych upodobań, to kwestia wokalu, jak dla mnie nieco zbyt soulowego (choć proszę, weźcie to słowo w duży cudzysłów). Jednak tuż przed 22 stanąłem pod namiotem Trójki, aby obejrzeć koncert moich faworytów tego dnia, mowa o dublińczykach z Girl Band. Mnóstwo transowego brudu, jazgotu, niemelodyjnych melodii i ochoty do tańca. Był to pierwszy raz chłopaków w naszym kraju, myślę jednak, że wrażenie zostanie w ich pamięci jak najbardziej pozytywne, publika nie dość, że znała utwory, to jeszcze reagowała na nie bardzo energicznie, choć przed koncertem miałem o to pewne obawy.

Masa pozytywnych opinii o festiwalu nie dziwi mnie więc zupełnie. Rzadko bywa bowiem, iż line-up prezentuje tak szerokie spektrum różnorodnych wykonawców. Podczas pisania tej relacji celowo pomijałem kwestie organizacyjne typu ilość toi-toi, jakość strefy gastronomicznej (choć vegańskie burgery od Krowarzywa to niebo w gębie) i tego typu rzeczy. Jak już pisałem we wstępie – najważniejsza jest muzyka, a ta podczas tego sierpniowego weekendu stała na naprawdę wysokim poziomie.

Bawił się, słuchał i fotografował Kevin Nazencew