OCTOPUSSY – Macką po głowie

Ledwo co wróciłem z warszawskiego koncertu Kinga Diamonda, a już kazano mi stawić się w „Desdemonie” na „release party” (nie dałoby się znaleźć jakiegoś polskiego odpowiednika tego zwrotu?) debiutanckiej płyty Octopussy. Kusiło mnie co prawda trochę, żeby zostać w domu i posłuchać sobie Abscess, ale ponieważ obiecałem, że się zjawię, to nie wypadało dać plamy. Była to zresztą słuszna decyzja, bo w wydaniu koncertowym Octopussy wypada równie wystrzałowo jak na płycie, a może nawet bardziej (wszak jest to muzyka o wybitnie koncertowym charakterze).

 

Octopussy, HeadShot, 31.05.2013, Gdynia, klub Desdemona

O urokach klubu „Desdemona” już kiedyś pisałem, ale jeśli bywacie w Gdyni tylko przejazdem, koniecznie powinniście zaznaczyć go sobie w planie zwiedzania miasta. Choćby nawet tylko po to, aby napić się tam piwa i zakosztować odrobiny atmosfery miejsca, które niepostrzeżenie wyrosło na lokalny odpowiednik kultowych klubów w rodzaju CBGB’s, skupiając wokół siebie wszystko, co najciekawsze w lokalnej (i nie tylko) scenie muzycznej. Jeszcze nie zatarło mi się w pamięci wspomnienie doskonałego koncertu Ampacity, a już dopada mnie kolejny stwór, którego macki wyrastają z tego samego kłębowiska trójmiejskich muzyków, którzy obcują ze sobą w przeróżnych kombinacjach niczym bohaterowie serialu „Beverly Hills 90210”. Trudno jednak mieć im to za złe, jeśli efektem jest tak dobra muzyka.1

Zacznijmy jednak od początku, czyli od zespołu HeadShot, który na deskach „Desdemony” (tak naprawdę nie ma tam chyba żadnych desek, to tylko taki wygodny zwrot…) pojawił się tego dnia w roli rozgrzewacza. Był to mój pierwszy kontakt z nimi i spotkanie to zaliczyłbym do udanych. Ich muzyka to po prostu ciężki rock na bluesowym szkielecie (co samo w sobie jest oczywiste), być może nawet pokusiłbym się na podciągnięcie ich pod grunge (ale jak już, to ten post-sabbathowski, spod znaku Alice in Chains i Soundgarden). Wybaczcie człowiekowi wychowanemu na płytach Deicide, jeśli strzela trochę po omacku z tymi porównaniami, ale tak mi się ta muzyka skojarzyła i nic na to nie poradzę. Publiczność dała się porwać do zabawy i pewnie niejedno dziewczę westchnęło na widok młodego wokalisty, więc wszystko było tak, jak na dobrym rockowym koncercie być powinno.Główny

Rozgrzani przez rozgrzewacza mogliśmy już spokojnie przyjąć na klatę potężny cios macką zaserwowany przez Octopussy. Tło dla koncertu stanowiły obrazy Rafała Chomika, który odpowiada za oprawę graficzną debiutanckiej płyty zespołu. Fajny, oryginalny pomysł, szczególnie że są to prace wyjątkowo udane. W tym wszystkim najważniejsza była jednak muzyka i tu pokuszę się o taką refleksję, że zawsze w przypadku polskich zespołów próbujących swoich sił na łonie energetycznego rocka mam wrażenie silenia się na luz i próbę wejścia w niepasujące szaty. W przypadku Octopussy dźwięki płynące ze sceny były tak naturalne i naładowane energią, że jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy można takie granie przeszczepić na rodzimy grunt zostały unicestwione jak Gwiazda Śmierci po ataku rebeliantów w „Nowej Nadziei”. I w niczym nie przeszkadza, że tej stylistyki nie wymyślono u nas, czy że jakiś tam riff pożyczono od Queens of the Stone Age, bo wielcy tej muzyki chcieliby nagrać tak bezpretensjonalny i wypełniony szlagierami album jak „Octopussy” i odegrać go z taką werwą jaką zespół miał tego dnia na „deskach” „Desdemony”.2

Mocno posłodziłem (dane do przelewu podeślę mailem), więc wiecie już chyba, że było fajnie i jakich nazw wypatrywać macie na plakatach. Moje zadanie wykonane, więc w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku mogę wrócić do słuchania płyt Abscess i oglądania filmów SF, zanim na Ziemię spadnie deszcz atomowych bomb i obróci to wszystko w pył (co jest może mało prawdopodobne, ale efektownie zakończy tę fascynującą relację).

Tekst: Michał Spryszak

Zdjęcia: Agnieszka Janczyk