NOMEANSNO – Starość i radość

Tego dnia przeszła mi przez głowę taka myśl, że podczas gdy ja i garstka podobnych mi szaleńców doświadczamy niesamowitego spektaklu w wykonaniu trzech starszych panów z drugiego końca świata, dla większości mieszkańców Gdańska ten wieczór nie różni się niczym od innych. Jest pewnie tylko krótką przerwą między jednym dniem roboczym a drugim, między prasowaniem koszul a zakupami w hipermarkecie. A w tym samym czasie w małym klubie przy ulicy Św. Ducha dzieją się rzeczy wielkie.

NOMEANSNO, KIEV OFFICE,  19.09.2012, Gdańsk, klub „Parlament”

starość i radość

starość i radość

Parlament tego dnia na pewno nie pękał w szwach, ale też nie świecił pustkami. Wygłodniałej kanadyjskich rytmów publice rzucono najpierw na pożarcie gdyński Kiev Office. Nie tylko ze względu na kobiecy pierwiastek w zespole pojawiły się skojarzenia z Sonic Youth i rejonami garażowego rocka. Gdynianie nie stronią jednak od bardziej eksperymentalnych wycieczek, zahaczając nawet miejscami o rejony (post) blackmetalowe. Te ostatnie są dla mnie najsłabszym elementem ich muzyki i wieje od nich hipsterką w stylu Liturgy czy Krallice, ale przyznać trzeba, że w tych alternatywno-garażowych rejonach trójka muzyków czuje się jak ryby w wodzie. Przyjęcie mieli dość dobre, ale widać było, że między zespołem a publiką nie do końca iskrzy, co przełożyło się też w jakimś stopniu na energię sceniczną. Końcówka ich setu była jednak na tyle interesująca, że z chęcią wybiorę się na koncert, na którym to oni będą daniem głównym.

Nie mając nigdy wcześniej okazji oglądania Nomeansno w wydaniu koncertowym zastanawiałem się, w jakim stopniu siwe włosy i zmarszczki na twarzach trójki muzyków przełożą się na ich kondycję sceniczną. Już za samą taką myśl należał mi się prysznic z drobinek piwa, którym wysłanników Violence Online potraktowała wcześniej jedna z fanek zespołu (najwyraźniej nie posiadająca umiejętności powstrzymywania się od parskania śmiechem podczas połykania trunków). Okazało się bowiem, że Kanadyjczycy mają w sobie tyle energii, że z jej pomocą dałoby się pewnie oświetlić 3/4 naszej planety, a może nawet i całą. Wypada tylko pozazdrościć starszym panom doskonałej formy i pochylić czoła przed niegasnącą pasją do grania  – jak by nie patrzeć – trudnej muzyki. Począwszy od rewelacyjnego „The River” (najpierw w nowej, elektronicznej wersji, a zaraz potem odegranego w sposób tradycyjny), aż po wieńczący ostatni bis „Oh No! Bruno!” Nomeansno porwało publikę do ekstatycznej zabawy i nawet niżej podpisany nie mógł się powstrzymać od rzucenia swojego kruchego ciała w szalejący pod sceną młyn podczas mojego ulubionego „The End of All Things”.

Cały ten występ, doskonałe jak na klubowe warunki brzmienie i świetna atmosfera zarówno na scenie jak i pod nią sprawiły, że jeszcze przez długi czas ciężko mi było zetrzeć z twarzy uśmiech. Widząc takie rzeczy trudno mieć o cokolwiek pretensje do świata i w sumie już sam fakt istnienia czegoś takiego jak Nomeansno wystarcza, by mieć dobry humor. Poza tym chyba każdy z uczestników tego wydarzenia potwierdzi, że siwe włosy jeszcze nigdy nie wyglądały tak dobrze, a słowo „starość” nigdy wcześniej nie brzmiało tak niedorzecznie.

Michał Spryszak

Zdjęcia z katowickiego koncertu NMN dzięki uprzejmości Karoliny Stanieczek