NOMEANSNO – jeden wielki uśmiech

Wizyta NoMeansNo to jak spotkanie ze starym, dobrym znajomym. Tym razem Kanadyjczycy przybyli na zaproszenie bydgoskiej fundacji Wet Music i muszę przyznać, że warszawski koncert, jaki odbył się w ramach krótkiej trasy po naszym kraju, był z wszech miar udany. Fajnie zobaczyć, że starsi panowie, którzy kiedyś byli bożyszczami punkowego światka, nadal świetnie się trzymają.

NoMeansNo, Baaba, Środa, 22 czerwiec, Proxima, Warszawa

Miło, że w środku tygodnia ludzie potrafią się zmobilizować i wpaść do klubu na koncert. Czekajcie, czekajcie, to przecież wieczór poprzedzający długi, upalny weekend, no tak… Inna sprawa, że średnia wieku sugerowała iż bawię się z ludźmi, którzy przygodę z NoMeansNo zaczynali gdzieś na początku lat 90 – tych. Ach, znowu pojawia się magiczny czas, ale co poradzę, skoro sam wtedy spotkałem się z płytą „Wrong”, która sponiewierała mnie jak i każdego maniaka złaknionego dźwięków, określanych wówczas jako jazz – core. I już wiadomo, gdzie inspiracji szukali dzisiejsi mistrzowie łamania z Dillinger Escape Plan. Zostawmy jednak wspomnieniowe dywagacje i skupmy się na tym, co tu i teraz. Dawno nie miałem przyjemności uczestniczyć w tak wesołym, optymistycznym koncercie. Otwarcia dokonali panowie z Baaby i już samo oglądanie Macia i kolegów sprawiało mi niesamowitą frajdę. Ci goście autentycznie bawią się jak dzieciaki grając swoje jazzowe interpretacje min. muzyki z bajek dla dzieci. Nie wiem, ile w tym było wygłupów, ile improwizacji a ile psikusów, które serwowali sobie nawzajem, ważne, że byli w tym swoim światku absolutnie szczerzy. Nie jestem pewien, czy taka muzyka sprawdzi się na płycie, jednak dźwięk w połączeniu z figlami na scenie smakował wybornie.

Starsi panowie z Kanady wyskoczyli na scenę przy dźwiękach wesołego, filmowego intro i już mina Roba zwiastowała, że zespół jest w świetnym humorze. Choć pierwsze dwa kawałki zagrali jakby nieco niemrawo. Po nich Rob powiedział „sio” fotopstrykom spod sceny (nie macie czasami wrażenia, że wśród fotografów panuje specyficzna rywalizacja pt. kto ma większego? Obiektywa, rzecz jasna…) i wtedy rozpoczął się właściwy koncert. Jeśli ktoś wcześniej nie widział NMN, mógł się zdziwić, bo konferansjerka Roba i Johna była tu równie ważna co dźwięki. Widać, że panowie bawią się tym co robią, doskonale się rozumieją i to oni stanowili gwóźdź programu. Nieco z boku, choć równie dobrze prezentował się gitarzysta Tom Hilliston, który dzielnie sekundował zabawom braci. Kilka słów odnośnie kondycji. Nie wiem, jak oni to robią, ale półtoragodzinny set zabiłby młodszych punkowców, a co dopiero panów po 50 – ce. NoMeansNo na scenie nadal szaleją, pocąc się niemiłosiernie, zagadując publiczność i wzniecając przysłowiowy, mityczny czad. Jasne, że jedne kawałki były przyjmowane lepiej inne gorzej. Jasne, że znowu pełno jest narzekań, że czegoś tam nie było a kiedyś zagrali lepiej. Było widać, że przy kawałkach typu „Teresa Give Me That Knife”, „It’s Catching Up”, „What Slade Says” w szczególności przy „Oh, No, Bruno!” wszyscy dostawali małpiego rozumu, ale także nowości (zapamiętałem „Something Dark Against Something Light”…) przekonywały, że zespół nadał ma potencjał. Panowie nie mieli problemu z zagraniem połamanych arcytrudnych rzeczy, by potem przejść do radosnego kowerowania The Ramones. Wszystko wykonane na luzie, z wyczuwalną więzią między muzykami. Tu nie było przypadku, choć w wielu miejscach utwory sprawiały wrażenie mocno improwizowanych. Przechodzenie od czadu do spokojniejszych rzeczy, mocno połamane aranże, zmuszające do precyzyjnej gry, to dla Kanadyjczyków pestka. Mnie szczególnie imponowały duety wokalne braci Wright i oczywiście (a kogo to dziwi…) gra perkusisty Johna, który klasyczne wykształcenie potrafił przekuć na punkowo/hardcore’owy feeling bez zapominania o jazzowej pulsacji. Tak grają najlepsi i choć coraz bardziej obawiam się, jak długo panowie tak pociągną…

Czasy, kiedy „Wrong” zawojował scenę, czasy legendarnego występu na warszawskiej Dziekance to już przeszłość, budowana klimatem tamtych dni, poczuciem rozpoczynającej się wolności. Ile z tego zostało do dzisiaj, nie wiadomo, choć sam, po warszawskim koncercie wygrzebałem gdzieś podniszczoną kasetę z zapisem koncertu NMN z 1990 roku, wydaną przez QQRYQ i oddałem się chwilowej nostalgii.

Wychodząc z Proximy przy dźwiękach kończącego występ znakomitego kawałka „Victory” zastanawiałem się, jak dalej potoczą się losy muzyków… Mam nadzieję, że za rok, dwa, znowu będę mógł  zobaczyć ich w akcji, czego im, sobie i Wam życzę…

Arek Lerch