NIECHĘĆ – Chęć do grania

Nigdy nie przepadałem za jazzem. W muzyce od zawsze ceniłem sobie przede wszystkim czystość emocji, natomiast jazz – zwłaszcza w wydaniu free – kojarzył mi się głównie z muzycznym onanizmem. Wiecie, trochę taka muzyka dla muzyków. Wraz z wiekiem to wyobrażenie stopniowo mi się zmienia – w końcu kto nie słuchał jazzu za młodu, będzie na starość. W każdym razie Niechęć, choć głównie na jazzie opiera swoją twórczość, zespołem stricte jazzowym nie jest i dlatego podczas ich koncertu techniczny kunszt nie przysłonił zwyczajnych, ludzkich emocji.

NIECHĘĆ, Wrocław, Carpe Diem, 02.12.2016r.

Biorąc pod uwagę hajp – zresztą bardzo słuszny – jaki zapanował na Niechęć po wydaniu przez nich drugiego albumu, byłem nieco zdziwiony frekwencją. Nie powiem, spodziewałem się, że na koncert przyjdzie więcej ludzi, tymczasem niezbyt duża salka w Carpe Diem nie była wypełniona nawet w jednej trzeciej. Ci, co się niezjawili, nie mieli jednak prawa żałować. Jak już wspomniałem, muzycy Niechęci postawili przede wszystkim na czystość przekazu, pozwalając muzyce płynąc w sposób spontaniczny i niezakłócony. Nie dziwi fakt, że głównym aktorem widowiska był Maciek Zwierzchowski, udowadniając, że również na żywo jego saksofon potrafi fantastycznie krzyczeć. Co ciekawe, Maciek nie narzucał się swoją ekspresją, pozwalając, by przemawiał za niego przede wszystkim instrument. Wizualnie bardziej uwagę przyciągali pozostali muzycy, może poza statycznym, ale odwalającym kawał dobrej roboty Maćkiem Szczepańskim. Świetną mimiką popisywali się Rafał Błaszczak i Michał Załęski, zaś schowany za przezroczystym parawanem Michał Kaczorek pokazał mnóstwo zaangażowania i pasji.

O, właśnie – to pasja w głównej mierze zadecydowała, że mimo kiepskiej frekwencji i również niezbyt dobrego brzmienia Niechęć wciąż miała chęć do grania. W powietrzu unosiła się chemia zarówno między muzykami, jak i między zespołem a publicznością. Mnóstwo gestów, kurtuazji (ale bez wchodzenia w dupę), uśmiechów, grzeczności. Wszystko to było fajne, takie trochę dżentelmeńskie, ale przy tym bardzo naturalne i niewymuszone. Repertuar opierał się głównie na najnowszym albumie grupy. Usłyszeliśmy wspaniałą „Krew” z przejmującą partią saksofonu, zagrany na samym początku „Koniec”, hipnotyzujący „Metanol” czy „Trzeba to zrobić”. Ze „Śmierci w miękkim futerku” muzycy zaprezentowali „Fecaliano” i fantastycznie odegranego „Taksówkarza”, w którym pokazali, że stać ich także na całkiem sporo scenicznego szaleństwa.Chęć

Reasumując, dziwi mnie właśnie tylko niska frekwencja, reszta była poniekąd potwierdzeniem moich dotychczasowych przypuszczeń. Koncert w Carpe Diem był bardzo dobry, pełen luzu, naturalności… Wszystko działo się jakby samo z siebie, nie było silenia się na jakąkolwiek pozę. Mimo to ciężko było zespołowi zarzucić brak zaangażowania. Wydaje mi się, że ten cały jazz chłopaki mają gdzieś w DNA… Nie no, oni po prostu mają muzykę w DNA.

Słuchał i pstrykał Michał Fryga