NIECH KOZŁY POZNAŃ – Cześć, ohydny jestem…

Poznański przystanek trasy Niech Kozły Świat unaocznił co najmniej jedną ważną rzecz. Oto bowiem przewodząca całemu przedsięwzięciu blackmetalowa Furia z krajowej ciekawostki przeistoczyła się w pełnowartościowy i niezwykle świadomy twór, zdolny od tej chwili dyktować własne warunki. Każdemu.

Furia, Bloodthirst, TSMED – 1.04.2012, Poznań, Klub u Bazyla

„Pierdolona zagłada” (Nihil)

„Szczecin pomiędzy masońskimi kolumnami. Niemców nawet udało się trochę rozruszać. Poznań w kolorze kurwa bursztynu!” (Mintaj)

 

Ale zacznijmy od początku. Poznański show odbywał się w ramach drugiego odcinka tournee, zorganizowanego pospołu przez Bloodthirst i kolektyw Let the World Burn, z którego to rzeczona Furia wywodzi swe jestestwo. Będąc po trosze świadkiem ogromu przygotowań włożonych w organizację wszystkich koncertów, szczerze nie spodziewałem się innego obrotu spraw, aniżeli tego, że wszystkie uciechy i rozrywki serwowane w ramach scenicznych programów obu formacji będą prezentować poziom współmierny do pieczołowicie przeprowadzonej kampanii promocyjnej imprez.

Wieczór otworzył świnoujski TSMED. Ta stosunkowo młoda formacja dopiero przeciera swój szlak w krajowym ekstremalnym podziemiu, choć dorobiła się już szeregu demówek, a jej członkowie dali się poznać występując m.in. w Tenebrosus czy Strandhogg. I choć występ na samym początku z pewnością do najszczęśliwszych zadań nie należy, surowy i podany bez zbędnych błyskotek black metal robił solidne wrażenie. Złowieszcza aura oraz chłodny dystans bijący z występu zachodniopomorskiej hordy należycie podsyciły napięcie, towarzyszące oczekiwaniu na następny band.

Z klasyfikacją poznańskiego Bloodthirst od zawsze mam problem o tyle, że muzyka zespołu to coś zdecydowanie więcej niż thrash, z kolei bluźnierczy wyraz jego dokonań to dla mnie trochę za mało, by jednogłośnie okrzyknąć poznaniaków kapelą black metalową. Zresztą na tle pozostałych bohaterów tego czarciego prima aprilis, określenie takie nie do końca oddawałoby istotę twórczości zbirów ze stolicy Wielkopolski. Niektórym być może wystarczy do tego celu często powoływana przez samych zainteresowanych formuła Hateful Antichristian Thrash, jednak koncert 1 kwietnia dał do zrozumienia, że Bloodthirst to przede wszystkim stuprocentowi metalowcy, którzy swój obrazoburczy Metal uprawiają z pełnym rozeznaniem, odpowiednim podejściem i zaangażowaniem. Koncert poznaniaków, rozpoczęty głównym tematem z filmu „Rambo 2”, od pierwszych sekund wywołał pod sceną amok. Na pierwszy ogień poszła doskonała „Ofiara” z ostatniej EP’ki „Żądza Krwi”, a w dalszej kolejności usłyszeliśmy hity tej klasy, co „Let Him Die” z debiutu, porywający „Wine for the Insane”, „Death Upon Thee” oraz „Sanctity Denied” z drugiego albumu, a na dokładkę nieśmiertelny hymn „Hateful Antichristian Thrash” oraz katowski „Czas zemsty”, który mimo stylistycznego podrasowania nie stracił nic ze swej pompatyczności. Lekkim szkopułem podczas sztuk Bloodthirst w dalszym ciągu pozostaje mało selektywne brzmienie, i ten raz nie stanowił pod tym względem wyjątku, lecz uznać można, że pewna doza chaosu służy tej muzyce, podkreślając jej nieokiełznany charakter.

Niech Kozły Poznań

Niech Kozły Poznań

Koniec setu miejscowych, szybki kurs po piwo, a pośród bladych świateł, dymu i rozbrzmiewających tajemniczych dźwięków na scenie pojawiają się cztery rosłe sylwetki, z umazanymi na biało pyskami. Z dogodnego miejsca, które udało mi się zawczasu zająć, wyglądało to naprawdę doskonale. I równie doskonale brzmiało – od początku do końca. Ślązacy rozpoczęli dość nietypowo, grając pochodzący z poprzedniego albumu „Zmierzch za zmierzchem”. Pomimo niewątpliwie bardziej introwertycznego charakteru muzyki Furii, znalazła się w klubie całkiem okazała sfora maniaków, którzy pod sceną popadali w szał, spazmatycznie rzucając swymi cielskami na wszelkie strony. Kto jednak nad przepychanki preferował kontemplację tego, co działo się na klubowych deskach, miał ku temu równie doskonałe warunki. Po wybrzmieniu pierwszego numeru, krótkie przywitanie, rzucone w tłum we właściwym dla stojącego za mikrofonem Nihila: „Cześć, ohydny jestem”. I wszystko jasne. „Językiem moim płomień, co nie oczyszcza, a tylko podpala” – skandowane wraz z liderem przez dobrą połowę zgromadzonych kolejne frazy tekstu sprawiły, że „Ohydny jestem” z EP „Płoń” wypadł totalnie elektryzująco, a wyczekiwanie kolejnych odsłon programu Furii z sekundy na sekundę stawało się coraz bardziej nerwowe. Na prezentację materiału z najnowszej płyty „Marzannie, królowej Polski” trzeba było poczekać do środkowej części setu. Wtedy to zabrzmiały (albo właściwie: zagrzmiały!) „.”, „Pódź w dół”, „Kosi ta śmierć” i absolutny hit „Są to koła”. O ile różne rzeczy można mówić o brzmieniu koncertów u Bazyla, o tyle Furia każdą cechę tego miejsca obróciła na swoją korzyść, serwując występ brzmiący totalnie, przestrzennie, a przy tym absolutnie klarowny i daleki od bałaganiarskiej wichury, która często sprawia, że z blackmetalowych misteriów się zwyczajnie wychodzi. Przypadek Nihila i kolegów pokazał, że pomimo pewnej dozy arogancji, umieją zadbać o właściwy odbiór proponowanej przez nich sztuki. W odróżnieniu od koncertu, który widziałem w tym samym miejscu przed dwoma laty, tym razem pokazali się jako formacja w pełni zgrana i do końca świadoma celu, jaki zamierza osiągnąć. Te cechy zdecydowanie przeważały ponad kapryśnymi, quasi-teatralnymi zagrywkami, z których muzycy są nie od dziś przecież znani. Ba, widać było również, że byli pod totalnym wrażeniem reakcji publiczności, co wyrazili za pomocą granej na bis „Krwi w kolorze bursztynu”.

Pomimo zróżnicowania obsady tego niedzielnego wieczoru i wysokiej jakości złomu, jakim zarzuciły odbiorców wszystkie kapele, nie ulega wątpliwości, kto był głównym rozgrywającym. Koncert ten był także wydarzeniem ciekawym o tyle, że z dużym prawdopodobieństwem stanowił jedną z ostatnich okazji, by zobaczyć Furię niesplamioną jeszcze splendorem i sławą, które nieuchronnie jej wróżę, choć będącą na fali wybitnie wznoszącej. To, że rozniesie w pył i wywróci muzyczny świat do góry nogami pozostaje tylko kwestią czasu – lat, a może już tylko miesięcy.

 

Tekst: Cyprian Łakomy

Zdjęcia: Łukasz Popławski