NEW MODEL ARMY – Bez wąsa

Magia. W każdej relacji z koncertu i w co drugiej recenzji odmieniam to słowo przez pory roku i księżyca kwadry z pewnym smutkiem obserwując, jak zanika ona w starych kapelach rockowych, a w nowych zamienia się w kuglarskie prestidigitatorstwo. Mniejsza o to, że rock nie ma już żadnej siły kulturotwórczej, niech się tym martwią ci, którzy nie wiedzą czym zakleić plakaty z Kurtem Cobainem. Mi wystarczy wzruszenie albo wstrząs w sali na pięć osób, a może być i na pięć tysięcy, w sumie na jedno wychodzi. Następcy New Model Army jeszcze nie namierzyłem, możliwe, że nigdy mi się to nie uda. Na szczęście jest „oryginał” i świetnie sobie radzi.

New Model Army, Opozycja. 12.10.2016, Gdynia, klub „Ucho”

Pisząc o ostatnim albumie Killing Joke wskazałem New Model Army jako jedyny obok ekipy Colemana zespół z postpunkowego miotu, który dorósł, ale nie stępił pazurów i zachował pierwiastek marzycielstwa właściwy młodym rewolucjonistom. Niezwykłe jest już to, że na swoim czternastym albumie zespół z 35-letnim stażem wciąż brzmi zadziornie i porywająco. Co ciekawe, to właśnie na piosenki z Winter czekałem na tym koncercie najbardziej i set złożony z nich w połowie ucieszył mnie bardziej niż przegląd starych przebojów (choć „Purity” czy „51st State” nie zabrakło, bo nie mogło). I chyba nie tylko mnie, bo już od otwierającego gig „Burn The Castle” dało się wyczuć skok energii w nabitym po sufit „Uchu”. O ilu zespołach można powiedzieć to samo? Spytajcie fana Slayer, czy woli po raz setny usłyszeć „Raining Blood”, czy może „You Against You”… No właśnie.nma

Ten koncert był pierwszym od dawna, na którym czułem się względnie, hm, młodo. Sunąc między głowami siwymi bardziej niż moja wychwytywałem kombatanckie przechwałki w rodzaju „pamiętam, jak widziałem New Model Army w pięćdziesiątym trzecim w Glasgow, grali przed Iron Maiden”. Obok starych punków, daj im Panie Boże zdrowie, w tłumie przewijali się stateczni prawnicy, młodzi crustowi załoganci, pięknookie studentki, sidemani popowych wokalistek z Dni Cebuli, a nawet metalowcy, w tym jeden w bluzie neonazistowskiej kapeli, no cóż. Najwyraźniej każdy z nich znalazł coś dla siebie w muzyce zespołu, który nigdy nie pasował do subkulturowych szufladek, nie rościł pretensji do statusu gwiazd i nie zapuścił wąsa. Choć po tym, jak Justin Sullivan uzupełnił braki w uzębieniu, czaru jakby ubyło…

…Na szczęście nie w muzyce. Zespoły takie jak New Model Army przywracają wiarę w sens chodzenia na koncerty dziadków. Grunt to celować w tych dziarskich. Refleksja, że w wieku Sullivana mogę mieć problem ze znalezieniem tego, co Sullivan dostarcza mi dziś, jest trochę smutna. Jak Scarlett, pomartwię się tym jutro. Dziś posłucham „Winter” i poczekam na kolejny koncert, trzy lata zlecą w mig.

Zachwycał się Bartosz Cieślak

Zdjęcie: archiwum zespołu