NAPALM DEATH – bombardowanie nielicznych

Gdzie te czasy, kiedy człowiek z wypiekami na twarzy czekał cały rok, aby zobaczyć wykonawcę, którego lubi… Odpowiedź krótka jest i prosta – odeszły i nie wrócą. Dziś brać kochająca muzyczną ekstremę ma tak wiele do wyboru, że czasami frekwencyjnie cierpią na tym występy legend. Nawet tak wspaniałych jak Napalm Death.

Dlaczego do krakowskiego „Kwadratu” przybyło 22 listopada tylko około trzech setek ludzi? Być może kasa wyczerpała się po gigu Death To All, może oszczędzano ją na bilet na Children Of Bodom? A może to perspektywa zbliżającego się grudnia z drenującymi portfele Mikołajem i świętami, przytrzymała wielbicieli ekstremy w domach? Może to efekt zmieniających się nawyków i rosnącej dominacji ślęczenia przed kompem i – na przykład – wojowania na forach? Albo Napalm Death bywa u nas za często i już się opatrzył? W to ostatnie nie chce mi się wierzyć, bo choć lata płyną, wciąż trzymają poziom na płytach i koncertach, a ich naturalna bezpośredniość, szczerość, bycie blisko fanów, zawsze zjednują im sympatię kolejnych pokoleń apologetów łojenia. Jedno jest pewne – kogo w piątkowy wieczór zabrakło w „Kwadracie”, ma czego żałować.toxic_bonkers_fot_romana_makowka

Imprezę otworzyli rodzimi deathgrindowcy z Toxic Bonkers. Nie zazdroszczę im, bo swoją naprawdę fajną, plus minus 30-minutową energetyczną sztukę, z paroma zabawnymi zapowiedziami Greli, musieli prezentować przed szczątkową widownią. Na niewiele zdały się zachęty do zabawy, skusiło się paru nastoletnich fanów. Zespół brzmiał całkiem przyzwoicie i zaprezentował skrócony wyciąg ze swojej dyskografii, w którym znalazły się między innymi „Manifesto”, „If The Dead Could Talk”, „Don’t Be Afraid” i „Nazi Fuckers”, poprzedzony zapowiedzią wokalisty, w której dosadnie wyraził swój pogląd o tych, którzy nazizm wspierają. Supportowanie Napalm Death to nie byle co. Ta świadomość być może osłodzi kapeli z województwa łódzkiego występ przed tak nieliczną publiką.armed_for_apocalypse_fot_romana_makowka

Minimalny zestaw perkusyjny, potężny perkusista, duża energia na scenie i… chyba wciąż niepewność tego, w którą stronę stylistycznie pójść. To nasunęło mi się po występie amerykańskiej kapeli Armed For Apocalypse z Kalifornii. Ich amunicja na apokalipsę to trochę thrash metalu, doomu, sludge’u, hard core’a, ale zmiksowana w sposób ciężki do zniesienia. Mają Kalifornijczycy energię i pasję, lecz nie wiem, czy posiadają wizję oraz talent, by swoje pomysły przekuć coś, co pozwoli im przestać być zespołem przeciętnym, jakim są teraz. Mikrozestaw potężnego pałkera Micka Harrisa, walącego w bębny niczym dobosz na amerykańskiej paradzie, machanie łbem, niezły kontakt z publiką, to trochę za mało. Decydowanie za mało! Nie mam wiedzy odnośnie tego, jak Napalm Death dobiera sobie supporty na trasę koncertową, lecz bez żadnego trudu jestem sobie w stanie wyobrazić lepszego wykonawcę otwierającego występ angielskiej legendy grind core’a.

Do mniej więcej 21, o której zaczęła grać gwiazda wieczoru, ludzi na szczęście trochę przybyło i „Kwadrat” nie sprawiał już wrażenia mocno opustoszałego. To był chyba mój trzeci koncert Napalm Death i kolejny, który będę wspominał miło. Najpierw jednak było zaskoczenie co do składu. Zamiast „pieczary” Shane’a Embury’ego bas trzymał w rękach osobnik o eleganckiej fryzurce zwykłego śmiertelnika i aparycji, powiedzmy, sprzedawcy w salonie samochodowym. Barney pospieszył z wyjaśnieniem, przy okazji gestem demonstrując koafiurę nieobecnego kolegi: „Seana nie ma z nami, bo za kilka dni zostanie po raz pierwszy tatą”. Zaś tym, który go zastąpił okazał się być Jesper Liveröd, mający w CV genialne kapele – Burst i niezapomniany Nasum. Kim zaś jest ten anorektyk o fryzurce przypominającej Dave’a Grohla? Tak, Mitch Harris pozbył się długich piór i wielu kilogramów ze swojego, niezbyt przecież okazałego, jestestwa. Gra jednak bez zarzutu i wydziera się wspaniale.barney_fot_romana_makowka

Bombardowanie „kwadratowej” publiki trwało mniej więcej godzinę i 10 minut. Bez bisu. Napalm Death ma tyle numerów, płyt, EP-ek, singli i splitów w dorobku, że wszystkich zadowolić nie sposób. Ale chyba nikt z klubu zawiedziony nie wychodził. Bo obok paru numerów z promowanego krążka „Utalitarian” (m.in. „Leper Colony”, „Protection Racket”) angielska legenda przefrunęła przez niemal cały swój dorobek. Narodziny grindu reprezentowały choćby „Scum”, „Deceiver”, „The Kill”, zagrany pod koniec „Siege Of Power”, a także tytułowy numer z dwójki i pochodzący z niej kapitalny „Unchallenged Hate”. „Sprzedanie się” death metalowi przez Napalm Death przypomniał „Suffer The Children” (bardzo duży młyn się przy nim zrobił) oraz „Pride Assassin” z „Mass Appeal Madness”. Był i najkrótszy utwór świata. Zestaw uzupełniły jeszcze między innymi „Narcoleptic”, „On The Brink Of Extinction”, „Lowpoint”, „Taste The Poison” oraz nieśmiertelny klasyk Dead Kennedys „Nazi Punk Fuck Off”, poprzedzony krótką przemową Barneya, w której wyraził swój stosunek do nazistów. Wokalista był w świetnej formie. Jak zwykle prezentował choreografię, będącą niczym taniec świętego Wita po podłączeniu do wysokiego napięcia. Kontrapunktem dla dźwiękowego bombardowania były przekomarzania się Barneya z fanami, którzy mieli swoje życzenia odnośnie setlisty, wywołujące wybuchy śmiechu, jak i docinanie Anglika tymczasowemu basiście. Stałym punktem koncertów Napalm Death są wygłaszane przez Barneya poglądy na różne trudne sprawy tego świata w nawiązaniu do granych kawałków i rzecz jasna ich w Krakowie nie brakło. Brakło… Tak naprawdę tylko większej liczby ludzi, którzy uczyniliby atmosferę w klubie gorętszą. Barney raczej nie narzekał, bo po koncercie podszedł do barierek i cierpliwie przybijał piątki, dziękował za wsparcie, pozował do zdjęć. Powiedzenie „zapomniał wół jak cielęciem był” na pewno jego się nie tyczy. Choć jest już legendą, nie ma w sobie nic z gwiazdora. Wciąż jest blisko tych, którzy go tą legendą pomogli uczynić – fanów. Za to zawsze wielki szacunek. Podziękowania za wspaniałą sztukę wyrażam równie wielkie.

Lesław Dutkowski

Zdjęcia: Romana Makówka