NAILS – wisielcy, ślepcy i wbite gwoździe

Ach, co to był za dzień, a raczej wieczór. Wszystko co miało miejsce tego dnia, a był to 16 listopada, roku pańskiego 2013, od samego początku, łącznie z lekkim kacem, towarzyszącym od wczesnego rana po piątkowej, angielskiej whisky, wpasowało się idealnie w klimat, w jakim przebiegł cały weekend. Punktem kulminacyjnym, rzecz jasna, był sobotni koncert pod nazwą Campaign For Elimination z udziałem Hang The Bastard, Blind To Faith i Nails, na których nie sposób było przybić przysłowiowego gwoździa, nawet jeśli ktoś posiadał wcześniej taki zamiar.

Campaign For Elimination UK Tour, Nails, Hang The Bastard, Blind To Faith, Londyn, Underworld, 16.11.2013

Sztuka odbyła się w dość popularnym, niejednemu i nie drugiemu fanowi machania kudłami miejscu – w samym sercu Camden Town w Londynie, w klubie pod nazwą Underworld, do którego schodzi się po schodach w dół (stąd pewnie nazwa), gdzie dotarłem lekko po godzinie 19 tutejszego czasu. Ku mojemu, nieskrywanemu zdziwieniu okazało się, że ów koncert od kilku dni jest wyprzedany, na co z początku – podejrzliwie podchodząc do sprawy – patrzyłem wyłącznie przez pryzmat dobrego terminu w jakim przypadło mi ujrzeć na własne oczy tak Plakaciwodoborowy zestaw kapel, który zresztą współdzielił scenę tylko przez cztery dni, w dodatku wyłącznie na terenie Zjednoczonego Królestwa. Kolejnym szokiem była pojawiająca się wszędzie nazwa „gwiazdy” wieczoru, tzn. czapki, koszulki, naszywki na skórzane kurtki i tego typu widoki, powodujące kolejny, ciągnący się za mną, jak smród po gaciach, polski sceptycyzm; kto dzisiaj słucha takich kapel?! Jak się lada moment okazało, owszem słuchają. Dzikie tłumy kłębiące się od wspomnianych już, biegnących na samo dno schodów, przez bar, stoiska z odzieżą i winylowymi płytami, aż do sali, gdzie na deskach montował się „wisielczy” skład, nie pozwalały na swobodne poruszanie się po klubie. Stojąc za plecami dość wyrośniętych typów, tupałem sobie nogą w rytm tego co prezentował akurat Hang The Bastard, a było to nic innego jak porządnie zagrany stoner metal, z rozwścieczonym wokalem. Naprawdę bardzo dobrze im to wyszło i jak na pierwsze danie już miałem wrażenie, że jest bardzo ok. Lubię to.

Następna nazwa nie była mi obca i tak naprawdę dla nich pokonałem trasę z centrum miasta, linią 88 (sic!), żeby wreszcie zbadać ich na żywo, a z tego co wiem,btf za często nie koncertują. Muzycy pochodzącego z Belgii Blind To Faith udzielają się w kilku różnych kapelach, więc niełatwo zebrać się im do kupy, ale w tym wypadku się udało. Zająłem miejsce na jednym z kilku stopni dzielących akustyka od głównej sceny, ażeby bez nadwyrężania mięśni karku, móc w spokoju obejrzeć i posłuchać kilku kawałków, brudnych jak rynsztokowy szlam z dodatkiem jesiennych liści. Nie było inaczej, brud i syf wyciekał z głośników jak z kanału, brakowało chyba tylko biegających po sali karaluchów, o czym zresztą śpiewają w „Moutains Of Gold”. Jest w tym wszystkim moc elektrowni atomowej, jak przystało na hardcore’owców. Wspaniale się bawiłem, a to machając głową, a to drąc wniebogłosy. Poleciały kawałki z „The Seven Fat Years Are Over” i nowej ep-ki wydanej niedawno dla wytwórni A389, zatytułowanej złowieszczo „Under The Heptagram”. Tak między nami, autorem wszystkich ich dotychczasowych okładek, logo i innych pierdół jest rodak, nazywa się Szymon Siech, a jego chore gówno, które tworzy pod pseudonimem Uberretard można sprawdzić choćby na jego facebooku. Polecam. Kolejnym pozytywnym aspektem było brzmienie, które tego wieczoru „zrobiło robotę”; nie pamiętam żeby ktokolwiek w Underwold tak dobrze zabrzmiał; werbel, bas, gitary, było tak jak być powinno.

nls3Ok, po tym co się napatrzyłem, w duchu stwierdziłem, że mam co chciałem i pro forma mogę posłuchać ostatniej występującej kapeli ze stajni Southern Lord, następnie, korzystając z wolnego dnia, zmarnować resztę wieczoru przy barze. Jakże się myliłem. Kiedy dotarły do mnie pierwsze dźwięki, udałem się w kierunku sceny, gdzie było czarno od ludzi. Po chwili wystartował show i wprost wyrwało mnie z trampek, w których na to widowisko przyszedłem. Nails na żywo sieje zniszczenie porównywalne z pożarami lasów państwowych w Australii. Co tam się działo! Slam dance, stagediving, pod sceną totalny ścisk, ale pełne szaleństwo, mikrofon wokalisty na statywie, skierowany w publikę, wszyscy śpiewali teksty, niektórzy nawet wydzierając się jeden na drugiego. Wow! Sam zespół także dawał z siebie wszystko, to było widać i czuć. Litry potu, które lały się z muzyków, wściekłość i amok wymalowane na ich twarzach mówiły za siebie. Atakowali głównie kawałkami z ostatniej „Abaddon All Life”, jak z jedynki „Unsilent Death”, zagrali chyba wszystko co obecnie mają w dorobku. Zawrotna prędkość: byli nie do zatrzymania, co rusz lawina blastów, za to wolniejszymi partiami lecieli dosłownie na złamanie karku. W co nie mogłem początkowo uwierzyć, to widok ich frontmana – Todd’a Jones’a, którego pamiętam jeszcze z Carry On lub z pierwszej trasy Terror z Biohazard w Europie, jako dwudziestoletniego szczypiora. Obecnie chłopak wyrósł, nabrał masy, przez co do złudzenia przypominał George’a Corpsegrindera z krótkimi włosami. Od dawna był swoistą maszyną do komponowania genialnych riffów gitarowych hardcore’owego pochodzenia, ale tym razem przeszedł sam siebie. Nie spodziewałbym się po nim, że kiedyś odjedzie w siną dal, zwaną szwedzkim metalem, ale wszem i wobec udzielam mu sto procent swojego poparcia. Gdybym usłyszał Nails kilka, lub może nawet kilkanaście lat wcześniej, prawdopodobnie byłby to mój ulubiony zespół wszechczasów, ich muzyka to old school death metal z hardcore’owym flow, czyli lepiej chyba być nie może. W sumie nie dziwię się dzieciakom, że potrafią sobie wyciąć ich logo z koszulek, zamiast np. Obituary i naszyć na wierzchnie odzienie, nie ujmując tu w żaden sposób zasłużonym panom z Florydy; po prostu jest to bardziej przystępne muzycznie i brzmieniowo dla dzisiejszej młodzieży, tak przynajmniej ja to widzę i słyszę.

nls1Koncert zakończył się dość wcześnie jak na tego typu wydarzenia kulturalne, zaraz po dziesiątej. Trzy zespoły, zero pierdolenia, samo dobro, czyli tak jak lubię najbardziej, co też nie zdarza się codziennie. Wszystkie kapele zaprezentowały bardzo wysoki poziom, każda niby z innej bajki, ale razem wyszło to wprost wyśmienicie, jakby na to nie patrzeć – undergound. Pełne zaskoczenie ze strony Nails. Na drugi dzień, ponownie odczuwając działanie płynów zawierających niewielką dawkę czystego alkoholu, katowałem ich płyty długogrające, wpychając w siebie kolejne kawałki pizzy, popijając wiśniową kolą. Żyć, nie umierać. Pozostaje się cieszyć, że w tym wieku coś człowiekowi może jeszcze sprawić przyjemność, czas się zatrzymuje, lata nagle się cofają niczym licznik kilometrów w autach sprzedawanych w polskich komisach motoryzacyjnych. Piękne uczucie. Metal Pany!

Sam Tromsa