MY RIOT – nasi przyjaciele są z nami na scenie…

Na koncert My Riot poszedłem z ciekawości. Nie, żebym był jakimś strasznym fanem dokonań Glacy, jednak przez ostatnie dwie dekady ciągle gdzieś tam się przewijał.  A to za sprawą muzyki, a to niejakich kontrowersji, jakie wzbudzał swoją osobą i różnymi działaniami. Zresztą, Glaca zawsze miał dużo do powiedzenia a jego ewidentne nie-pogodzenie ze światem, choć może być postrzegane jako nieco komiksowe, w wersji live nabiera odpowiedniej mocy.  Najnowsze wcielenie, czyli My Riot to pierwsze objawienie po powrocie z USA i jednocześnie jest to chyba najmocniejsze nawiązanie do Sweet Noise od lat, tyle, że przefiltrowane przez sito elektroniki, także tej nowoczesnej, tanecznej. Czy było warto? Zdecydowanie tak…


modlitwy Wielebnej...
modlitwy Wielebnej…

Przekleństwem otwieraczy jest to, że… otwierają koncerty. Głupio, ale, niestety na pierwszy zespół nie zdążyłem. W zasadzie koncert rozpoczął się od Obscure Sphinx i muszę przyznać bez bicia, że każdy kolejny atak tej formacji utwierdza mnie w przekonaniu, że Blindead musi się poważnie bać o swój tron. W Stodole, na dużej scenie, złowieszcza muzyka warszawiaków rozwinęła swoje czarne skrzydła, brzmiąc potwornie monolitycznie i diabelsko ciężko. Wielebna dwoiła się i troiła, a jej płomienne modlitwy trafiały do samego piekła. Depresyjna muzyka, która, paradoksalnie, świetnie oczyszcza umysł. W dodatku mają zmysł dramaturgiczny i w przeciwieństwie do niektórych, stołecznych kolegów wiedzą, że lepiej zagrać krótko i treściwie niż okupować scenę w nieskończoność. Czyli same plusy…

nasi przyjaciele są z nami na scenie...
nasi przyjaciele są z nami na scenie…

My Riot rozpoczął się w iście amerykańskim stylu, bo też i rozmach imprez zza wielkiej wody jest dla Glacy chyba dużą inspiracją. Przy dźwiękach elektronicznego podkładu generowanego przez Hackera, na ekranie pojawia się shot z idącymi korytarzem muzykami, napięcie rośnie… wszyscy na swoich miejscach, widownia szaleje, wśród ludzi widać młodych w charakterystycznych chustach – Ludzie Cienia, NoiseNation; zresztą wywoływani przez Glacę podczas występu, dali o sobie znać. Patrząc na scenę widzę, że wszystko zostało doskonale przemyślane, cała kampania promocyjna, której finałem jest w zasadzie koncert Warszawie. No i sam Glaca – człowiek o niezniszczalnej energii, przez cały występ biegający, skaczący, wspinający się na rampy, zmieniający koszulki i czapki. Tak powinien wyglądać profesjonalny szoł… Nawet jeśli nie przekonuje was jego przekaz, jako frontman daje ludziom to, za co zapłacili. Kawałki, które znane są z płyty, na żywca wypadają doskonale, duże natężenie dźwięku, świetna współpraca perkusisty Simona z Hackerem, syntetyczne „doły”. Te ostatnie na kilka kawałków zastąpione zostały prawdziwymi – jeden z gości Glacy to Orion. Zwalista sylwetka muzyka, jego agresywny makijaż dobrze wpasowały się w pstrokaty obraz koncertowego My Riot. No i ten baaaas. Niestety, nie ma to jak żywy instrument. O ile Orion pasował mi do tego teamu, o tyle Maja Konarska, niegdyś gotycko – progresywno  – metalowa liderka Moonlight, czuła się na scenie chyba troszkę zagubiona. Nie wiem, może to kwestia kilkuletniego rozbratu ze sceną, może kontrastujący z jej statycznością, szalony Glaca. A może nie był to po prostu jej dzień… Szkoda, bo jej udział w tym wydarzeniu był raczej symboliczny. Także symboliczny, choć z innego powodu, był występ Zbigniewa Krzywańskiego – gitarzysta Republiki wyglądał, jak zwykle, spokojnie zagrał swoje a wyskandowany przez Glacę tekst Białej Flagi w kontekście jego walki z rzeczywistością zabrzmiał złowieszczo i – paradoksalnie – bardzo autentycznie. Przy okazji Glaca wspomniał Grzegorza Ciechowskiego. Tak samo, jak kilka kawałków wcześniej przywołał postać „najlepszego perkusisty w Polsce” – Docenta, który przecież miał swój pamiętny epizod w Sweet Noise…

Trzeba przyznać, że Glaca wiedział, jak zainteresować publiczność swoim występem, bo sam, choć dość sceptycznie podszedłem do My Riot, na koncercie tkwiłem do samego końca na zasadzie „ciekawe, czym jeszcze zaskoczy”. I o to chyba chodzi. Nie wiem na ile jest lider grupy autentyczny, kiedy miesza z błotem naszych celebrytów w świetnym i złośliwym „Botoksie” ale nie sposób się z nim w takich momentach nie zgodzić. Dla Ludzi Cienia były oczywiście szlagiery Sweet Noise, bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zakładał, że ich zabraknie. Zresztą, reakcja publiczności mówiła sama za siebie. Ta ostatnia stawiła się może nie w miażdżącej liczebności, ale chyba Glaca nie mógł być niezadowolony z przyjęcia. Nie poświęciłem zbyt wiele miejsca ekipie towarzyszącej Glacy, ale trudno też mieć o to pretensje – głównym aktorem była tu jedna osoba, choć np. Diamond Hill, gitarzysta, który swoim strojem mocno mógł kojarzyć się z okresem „Czasu Ludzi Cienia” miał swoje pięć minut, kiedy na podkładzie generowanym przez Hackera popisywał się swoimi umiejętnościami. Na scenie oczywiście obowiązkowy ekran z fajnymi wizualizacjami, małe telebimy no i w sumie mnóstwo miejsca, by Glaca miał gdzie odbywać swoje nieskończone wędrówki i biegi. Dawno nie widziałem wokalisty tak bardzo absorbującego uwagę, charakterystycznego i „kradnącego” występ innym, choć nikt o to nie miał do niego pretensji… Jeśli dodać do tego różnego rodzaju kontrowersje, którym nie oparł się nawet obiektywny Teraz Rock (zwróćcie uwagę na oświadczenie zamieszczone w wywiadzie z Glacą…) mamy gotową ikonę. Patrząc na wyczyny Glacy w Stodole, starałem się przezwyciężyć lekki sceptycyzm, jaki zawsze towarzyszył mi podczas kontaktów z każdym dziełem tego artysty. Widać, jak bardzo duży wpływ wywarł na jego wizerunek dwuletni pobyt w LA, widać, że chce pewne standardy, z jakimi zetknął się za wielką wodą wprowadzić do Polski, jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tego typu rzeczy zawsze będę  tylko sztucznie przeszczepionymi na rodzimy grunt niczym hamburgery. I nawet jeśli wolę kiełbasę krakowską i ogórki, nie ukrywam, że bawiłem się podczas tych kilku kwadransów całkiem przednio.

Po warszawskim koncercie My Riot wiem, że Glaca jeszcze niejeden raz nas zaskoczy. A może by tak teraz oprzeć się o rodzimy folklor zamiast szukać inspiracji poza Polską? Takie „Łzy i Potęga” zagrane z fujarką i akordeonem w tle mogą być bardzo inspirujące. I nie śmiejcie się zbytnio, bo Glaca tego nie lubi…

Tekst&Foty Arek Lerch