MOROWE – Czarne kaptury…

Niespełna rok temu przez Polskę przetoczyła się koncertowa nawałnica pod szyldem Choroba Ogień Kwiecień, w tym roku kolektyw spod znaku płonącej kulki gówna zwanej potocznie kulą ziemską po raz kolejny postanowił wybrać się w podróż po naszym pięknym kraju. Tym razem padło na Morowe, który to skład został headlinerem trasy Bewitching the Polonia. Jako, że S jest płytą więcej niż dobrą a stołeczny klub Progresja przeniósł się niebezpiecznie blisko mojego domu, decyzja o tym, że sprawdzę koncertową siłę Morowe na własnej skórze ani przez chwilę nie podlegała zbędnym dywagacjom a jakże interesujące supporty tylko podsycały płomień oczekiwania na dzień 15 lutego…

Morowe, Mord’A’Stigmata, Thaw, Warszawa 15.02.2014

W klubie stawiłem się bardzo punktualnie, jeszcze zanim pierwsi muzycy pojawili się na scenie. Progresja niedawno zmieniła siedzibę, dlatego też chciałem jeszcze przed koncertem zobaczyć w jakim to miejscu przyjdzie nam w przyszłości katować się występami różnej maści krzykaczy. Pierwsze wrażenie: sala z małą sceną jest rzeczywiście niewielkich rozmiarów, scena też nie powala a wręcz wydaje się, że co bardziej rozbudowane składy mogą mieć problem z pomieszczeniem się na deskach. Szybkie piwko, rzut okiem na nieźle zaopatrzone stoisko z merchem (gdzie t-shirty Morowe pytam się?!) no i czas zacząć, kurtyna idzie w górę a na scenie pojawia się Thaw.

 dźwięki cholernie intensywne i trudne

dźwięki cholernie intensywne i trudne

Zespół wszedł na scenę w kłębach gęstego dymu, który towarzyszył im przez cały niemal występ. Thaw tworzy dźwięki cholernie intensywne i trudne, dlatego też fakt, że zespół dał nam widowisko tak wysokiego formatu zaliczyć należy do grona ewenementów i to nie tylko na naszej polskiej scenie. Ok, ale od początku. Thaw uderzył w jeszcze niezbyt licznie zgromadzoną THAW1publikę ścianą chorobliwie połamanego hałasu, który po prostu wgniatał w ziemię. Muzycy skupieni na swoich instrumentach jakby zamknięci we własnym świecie, który nie wykracza poza to co się dzieje na scenie. Thaw widziałem po raz pierwszy i przyznam, że nie spodziewałem się tego, że tak introwertyczny, muzyczny spektakl może tak bardzo działać na zmysły. Ściana dźwięku, chaos, rozdzierające uszy wrzaski i duszna gra dymów i świateł; wszystko to sprawiło, że Thaw prezentował się tego wieczoru wyjątkowo dobrze i nawet problem z jedną gitar nie zakłócił tego niecodziennego koncertu. Zeszli ze sceny w ogłuszającej kakofonii dzikiego black/noise. Zeszli z tarczą.

pełna dramaturgii muzyka obroniła się na żywo

pełna dramaturgii muzyka obroniła się na żywo

Chwila przerwy. Mała konsternacja z racji kolejki do toalety, ale w sumie to nic dziwnego, skoro tenże przybytek po męskiej stronie występuję w liczbie sztuk – jeden. Kolejne zakapturzone postaci uwijające się na scenie mogą oznaczać tylko jedno – za chwilę pojawią się autorzy bardzo chwalonego nie tylko w naszym podziemiu albumu Ansia. Po obowiązkowym zakapturzeniu i krótkiej rozgrzewce Mord’A’Stigmata rozpoczęła prawie godzinną, muzyczną podróż. Wspierani oszczędną grą świateł i bardzo niepokojącymi wizualizacjami dali bardzo, bardzo dobry występ. Mam takie wrażenie, że o ile słuchając „Ansia” chyba każdy dał się ponieść atmosferze tego krążka to podczas koncertu część coraz liczniej zebranej publiki nie bardzo wiedziała co z tą muzyką zrobić. Zespół zachowywał się bardzo statycznie skupiając się na perfekcyjnym odegraniu materiału. Mocna pełna dramaturgii muzyka obroniła się na żywo lecz chwilami bardziej skupiałem na niepokojąco-dziwnych wizualizacjach niż na tym co działo się na scenie, dlatego też nie jestem w stanie powiedzieć wiele więcej na temat samego Mord’A’Stigmata ponadto, że zespół ten zabrał mnie w dziwną podróż do innego świata…

Czarne kaptury

Czarne kaptury

Gęsta atmosfera i mały tłok jaki zrobił się w klubie zwiastować mogły tylko jedno: oto nadszedł czas by zmierzyć się z gwiazdą wieczoru. Dym. Maski. Światła. Czarne Kaptury i Dziurawy Świat. Morowe zafundowało nam cholernie intensywny początek występu, trzech wokalistów uwijało się na scenie przekrzykując nawzajem i wyprawiając dzikie harce. Reszta bandu Morowe2statycznie, skupieni na grze. Dziurawy świat, dziurawe mięso… Jako jedyni przywitali się z publiką… Właściwie to jako jedyni starali się nawiązać z publicznością coś w rodzaju więzi a zgromadzenie nie pozostało im dłużne. Cały czas wręcz przytłacza bijąca ze sceny energia i moc. Warto też wspomnieć o świetnie dobranym zestawie numerów. Oprócz wspomnianego, „Dziurawego Świata” odnotowałem też „Ważne”, cholernie dynamiczne, niszczące „Piekło…” (swoją drogą podczas tego kawałka pod sceną rozpętało się też niezgorsze piekło), „Muchy”, „Trzecia dłoń” i zamykający całość cios w postaci „Komenda”. Morowe na scenie to dziki parateatralny chaos, któremu daleko do wystudiowanych i zaplanowanych od A do Z występów. Widziałem ich po raz pierwszy i od samego początku koncertu dałem się porwać energii jaka biła ze sceny. Choćby za to należy im się szacunek, tego wieczoru Morowe przeniosło mnie w inny, dziurawy świat…

Dziurawy świat, dziurawe mięso...

Dziurawy świat, dziurawe mięso…

Wraz ze świetnym „Komenda” koncert zwyczajnie skończył się. Bisów nie było bo też i specjalnie nikt się ich nie domagał. Pozostało tylko naciągnąć na głowę czarny kaptur i udać się w sobie wiadomym kierunku. Machina pod nazwą Morowe dopiero się rozkręca, więc nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić was na kolejne sztuki. Warto. Trzy zespoły, które spotkacie na swojej drodze są różne, ale łączy je jedno – nietuzinkowy wymiar twórczości, który z zadziwiającą lekkością przenoszą na sceniczne deski…

Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: Tomasz Deroń