MORBID ANGEL – świeża krew…

Kończące rok koncertowy wydarzenie w postaci występu Morbid Angel ściągnęło do Progresji każdego – począwszy od małolatów chcących udowodnić, że są „trv” aż po celebrytów z Nergalem na czele. O ile jednak ci pierwsi i ostatni bawili się świetnie – jak mniemam – pojawiło się też kilku osiłków, którzy swoje katany trzymali w szafach śmierdzących naftaliną od pamiętnych lat 80 – tych.  Dla nich muzyka równoznaczna była z tzw. sportami siłowymi. Jednym słowem – koncert idealny. Metalowy. Tym razem jednak, by nie splamić się blamażem pt. „nie zdążyłem na początek imprezy”… oddaję na wstępie głos koledze Adamowi, który, jak przystało na punktualnego poznaniaka, zdążył był na samo otwarcie rzeczonego misterium…


Morbid Angel, Necrophobic, Benighted, Nervecell – Warszawa, Progresja, 8 grudnia 2011

Muzyczne zawody rozpoczęło Nervecell z Emiratów Arabskich. Zespół wydał w tym roku drugi album „Psychogenocide”, a ciekawostką jest fakt, że miksem i masteringiem, zresztą podobnie jak w przypadku debiutu „Preaching Venom”, zajęli się bracia Wiesławscy z Hertz Studio. Rozgrzana death metalowym ogniem publika, była po chwili gotowa na to, co miało nastąpić w dalszej części wieczora.

Takie zespoły jak francuski Benighted walą prosto z mostu. Skupiając się głównie na numerach z najnowszego, szóstego już dzieła „Asylum Cave”, kwintet z Balbigny dał lekcję ultra-brutalnego mordobicia. Uderzając przede wszystkim premierowymi numerami takimi jak: „Prey”, „Let the Blood Spill Between My Broken Teeth” czy „Fritzl”, kapela kapitalnie zareklamowała najświeższy album, wypełniony radykalnie skomasowanym grand/death metalowym atakiem, pełnym zmian temp i blastbeatów. Obrazu zniszczenia dopełniły jeszcze dwie starsze kompozycje: „Slut” oraz „Saw It All”. Pełen adrenaliny, półgodzinny występ był znakomitym, choć wyczerpującym i wstrząsającym doświadczeniem.

Kiedy na scenie pojawili się wyjadacze z Necrophobic, doszło do wyładowania mrocznej black/death metalowej energii; sztokholmska ekipa z furią natarła piorunującą dawką muzycznej grozy. Ich ostatni jak dotąd album „Death to All” ukazał się dwa lata temu. W ramach jego promocji kapela zaprezentowała między innymi takie udane kawałki jak: „Revelation 666” czy „Celebration of the Goat”. Z wydanego w 2006 roku „Hrimthursum” poleciały „The Crossing” oraz „Blinded by Light, Enlightened in Darkness”. Necrophobic wygląda na scenie bardzo przekonywująco, a ekspresja i gesty wokalisty/gitarzysty Tobiasa dodały jeszcze temu godzinnemu występowi wyjątkowości. Dwudziestoletnie doświadczenie mówi samo za siebie… Dla przypomnienia dawnych czasów Szwedzi zagrali także „Dreams Shall Flesh” oraz „Shadowseeds” z wydanego dziesięć lat temu „Boodhymns”, a prawdziwy kąsek dla najbardziej wiernych fanów pojawił się na końcu w postaci „The Nocturnal Silence” z samego początku działalności tego posępnego zespołu.

Zgodnie z normami KnockOut, występ Morbid Angel rozpoczął się punktualnie, co zawsze wprawia mnie w zdumienie. Można, naprawdę można!! Wydaje mi się, że następnym posunięciem zacnej agencji powinno być przejęcie PKP…

Abstrahując jednak od chujowego klimatu miłościwie nam panującej ojczyzny, jeden z ostatnich, rozrywkowych wieczorów mijającego roku był z wszech miar udany. Morbid Angel przyjechał do nas po wydaniu wielce kontrowersyjnej płyty „Illud Divinium Insanus”, ale zagrał, zgodnie z normami ostatnich lat, retro – set, będący ukłonem w stronę fanów klasycznych płyt. Takich jak „Altars of Madness”, której to okładka namalowana została na jednej ze ścian Progresji. Nie umknęło to uwadze Davida Vincenta, jednego z dwóch bohaterów wieczoru. Dlaczego dwóch? O tym za chwilę.

świeża krew...

 


Morbidzi przede wszystkim przygotowali szoł bardzo kolorowy. Nie wiem, czy dla fanów ma to znaczenie, ale zdjęcia, jakie tu znajdziecie pokazują przynajmniej w części świetną kolorystykę i plastykę sceny. Bannery, loga, w połączeniu ze światłami spowodowały, że zespół przede wszystkim doskonale się oglądało. A co do muzyków – nowy nabytek w postaci gitarzysty Destructhor’a to raczej statyka i trzymanie się instrumentu. Ale swoje odrobił nieźle, zważywszy na fakt, że uwagę skupiał na sobie kto inny. Trey… Mózg. Usadowiony po prawej stronie sceny, jak zwykle w tradycyjnych spodniach i koszulce. Chudy i schowany za koafiurą czarnych kudeł. Po powrocie Vincenta wyraźnie skupił się na tym, co najważniejsze – wyciskaniu z gitary opętanych riffów i walce z własnymi demonami, dla której to scena była idealnym miejscem. Doskonale, kultowo i z niemal całkowitym olaniem publiczności. Ale czy dla niego publiczność istniała? Śmiem wątpić. Skoro jednak mówimy o koncercie, ktoś musi robić rzeczony show. Oczywiście David. Lata już nie te, na twarzy widać upływ czasu, paluszki nie latają po gryfie jakoś specjalnie szybko, ale charyzma jest. Co z tego, że miejscami zachowywał się troszkę groteskowo? Co z tego, że lateksowe, błyszczące wdzianko zastąpił innym, równie obciachowym, niczym z salonu sado – maso. Jest wielki i choć chciałbym zobaczyć go w brunatnej koszuli, i tak mi się podobał. Przede wszystkim utrzymywał świetny kontakt z publicznością – zagadywał, podjudzał nieco niemrawych słuchaczy opowieściami, jak to krakowska publiczność dała czadu. Wreszcie wspominał różne rocznice. Udało mu się nawet namówić ludzi do wspólnego skandowania podczas świetnej wersji „I Am Morbid”, co było całkiem udanym posunięciem. Słowem – robił swoje najlepiej jak potrafił… Na koniec zostawiłem sobie Tima Yeunga, nowego pałkera zastępującego ponoć chorego Sandovala. Skąd sceptycyzm? Ano, nie pierwszy raz management jakiegoś zespołu wymyśla różne historyjki na zatuszowanie… czego? Nie wiem… Wiem za to, że Tim wprowadził do zespołu świeży powiew, energię i spowodował, że dzisiejsza, rewelacyjna forma grupy jest jego wyłączną zasługą. Pomijam technikę. Jak chcecie się o niej przekonać, wio na you tube. Kilka filmików pomoże Wam to zrozumieć. Na koncercie kunszt było słychać szczególnie w tych momentach, kiedy muzyk bez skrępowania wyginał aranżacyjny szkielet bębnów grając rzeczy, powiedzmy to uczciwie, lepsze niż jego utytułowany, starszy kolega po fachu. No i te wszystkie, koncertowe sztuczki z kręceniem pałeczkami, rzucaniem ich w powietrze, wyginaniem łap we wszystkie strony. Widać, bawił się przednio i potrafił przekazać radość innym. A sama gra to po prostu wirtuozeria. Nawet jeśli ktoś sądzi inaczej, nawet jeśli nazwany znowu zostanę hardcore’ową świnią, uważam, że dzisiejszy Morbid przeżywa drugą młodość, jest w świetnej, jeśli nie życiowej formie, a warszawski koncert bogów z Florydy był najlepszym, jaki widziałem. Nie wiem, jak potoczą się losy tego zespołu, dlatego cieszę się, że mogłem ich zobaczyć w takim, rewelacyjnym wydaniu.

A co do repertuaru – zestaw został już zaanonsowany przed koncertem w różnych newsach i poza nielicznym wyjątkami grupa trzymała się tej listy, dzieląc ją na dwie odsłony. Zaczęli od „Immortal Rites”, przelecieli przez „Fall From Grace”, „Day of Suffering”, z nowej płyty zapodali „Existo Vulgore”, „Nevermore” i wspomniany „I Am Morbid”. Były też „Angel of Disease”, „Lord of All Fevers and Plague”, świetnie przyjęty „Where the Slime Live”, “God of Emptineess” i nieśmiertelny “Chapel of Ghouls”. Czyli śmietanka i kilka rodzynków. Wykonanych cholernie precyzyjnie i jeśli nawet gdzieś tam ktoś mógł zauważyć lekkie znudzenie – powiadam – pokażcie mi wykonawcę, który po dwudziestu latach dostaje orgazmu podczas dwutysięcznego wykonania swojej piosenki. Publiczność doceniła zaangażowanie, przynajmniej jej część, która robiła gdzieś przed sceną słuszny mosh, zaś cała reszta skupiała sie raczej na kontemplacji. Było co oglądać, i słuchać; osobiście uważam, że to  najfajniejsze zakończenie roku. Mocny akcent i deklaracja, że klasyczny death metal nadal ma siłę. Nawet jeśli pamiętamy, że geriatria wspomagana jest młodą krwią.

Czego mi brakowało? Może jakiegoś kawałka z nie wiedzieć czemu pominiętej płyty „Gateways To Annihilation”? No i może Vogga na gitarze; przecież mało brakowało a zostałby morbidowym axemanem. Ech, co to byłby za szoł… Ale i tak było znakomicie. Morbid nadal gnije ku naszej uciesze…

Adam Drzewucki

Arek Lerch

Zdjęcia: Janek Fronczak