MONARCH!, ALTAR OF PLAGUES – obrzeża blackmetalowej ortodoksji

Przy okazji relacji z koncertu Jucifer wyraziłem podziw/niezrozumienie dla ludzi, którzy włóczą się po świecie grając po spelunach dla trzech słuchaczy, z czego pięciu to barmani. Jeszcze niżej chylę czoła tym, którzy (przeważnie bezzwrotnie) wykładają plany tytułem ściągnięcia na koncert znakomitych zespołów, co to tłumów raczej nie zanęcą. W obliczu totalnej zajebistości Altar of Plagues i potencjalnej fajności Monarch! wywlokłem się w niedzielny wieczór do klubu Ucho sprawdzić kondycję hipsterskiego black metalu oraz najnowsze trendy w kroju wąskich dżinsów.

 

 26.02.2012, Gdynia, klub „Ucho”

 

Uczciwie przyznaję, że gdyński występ francuskiego Monarch! był moim pierwszym sensownym kontaktem z ich muzyką, która obiła mi się o uszy jako mocarny drone/doom, którym tak chętnie straszę narzeczoną i sąsiadkę z dołu. Równie uczciwie przyznaję się do podśmiechujek czynionych pod nosem z tempa, w jakim zespół instalował się na scenie i pieczołowitości w ustawianiu brzmienia, co najmniej jakby French Pink Floyd Show do Ucha zawitał. Warto było jednak poczekać te pół godziny na tak brzmiący koncert, choć wydawałoby się, że przy takiej estetyce wystarczy łomotać byle jak, bo ludzie i tak uciekną spod sceny po kwadransie. Monarch! nie jest może kapelą wielce wybitną w skali gatunku i wyraźnie słychać, jak bardzo wryły im się w świadomość płyty Burning Witch, Thorr’s Hammer, Khanate i Corrupted, ale czują te dźwięki doskonale i umiejętnie lepią odpowiedni nastrój. Chwalę sobie bardzo, że Emilie Bresson nie próbuje na siłę wciskać się w buty Diamandy Galas lub Runhild Gammelsaeter i traktuje swój wokal jako kolejny instrument, modulowany efektami i podporządkowany masywnym gitarowym dronom. Nie mam pojęcia, czy to co zagrali to konkretne utwory z albumów czy wariacje na ich temat, ale nie ma to akurat specjalnego znaczenia, wystarczył transowy ciężar i grobowy klimat, który przeczyścił salę z mniej wytrzymałych odbiorców.

 

obrzeża blackmetalowej ortodoksji

obrzeża blackmetalowej ortodoksji

Najwięksi twardziele, których nie wypłoszyły do domu dronowe kolosy Monarch! mieli okazję obejrzeć jeden z najlepszych blackmetalowych koncertów, jakich zaznała usza scena. Zapewne niektórzy mogą mieć wątpliwości co do klasyfikacji gatunkowej twórczości Irlandczyków, na pierwszy rzut oka nie podzielających raczej przekonań i zainteresowań kapel, których loga obnoszą na koszulkach. Muzycznie jest to jednak czarna polewka jak trza, choć na ramionach muzyków brak gwoździ, a na twarzach cekolu. Niejedna pokrewna muzycznie „gwoździowa” kapela, która na tej samej scenie troszczyła się najbardziej o to, żeby makijaże dobrze wypadły w czerwonym świetle mogłaby pozazdrościć Altar of Plagues takich umiejętności, takiego zgrania i tak znakomitego brzmienia (słychać bas! słychać bas!) w pomieszczeniu, którego podobno nie sposób sensownie nagłośnić. Utwory z „Mammal” zyskują na scenie plus dziesięć punktów do dziczy i kontrolowanego rozpierdolu, który w wydaniu studyjnym ustępuje miejsca postrockowemu klimaciarstwu, choć i tego nie zabrakło. Być może za te parę lat nurt, z którym płynie Altar of Plagues będzie synonimem tego, czym dziś jest cały symfoniczny black metal, jeśli jednak całe to „hipsterstwo” przekłada się na rewelacyjną muzykę, to ja kupuję Ray Bany i wełnianą czapkę… Ok., przesadzam, Liturgy też raczej nie pokocham, trzeba jednak przyznać, że na obrzeżach blackmetalowej ortodoksji dzieją się rzeczy co najmniej ciekawe. Wypada mieć nadzieję, że takie koncerty jak ten przyciągną właściwą publikę (i że ta publika nie wyjdzie z klubu po suportach), a zespoły nie wylądują na alternatywnych festiwalach sprowadzone do roli pokrzykujących dziwadeł dla snobów, którzy o black metalu dowiedzieli się z Porcysa.

Bartosz Cieślak