METALOWA WIGILIA – Muzyka pełnoletnia

Moda na granie na koncertach/trasach „naszego legendarnego albumu w całości” trwa w najlepsze, i zatacza coraz szersze kręgi. O ile dołączenie Mayhem do pędzonego sentymentami taboru w ogóle mnie nie zdziwiło, o tyle Watain odkurzający „Casus Luciferi” jakoś w pierwszej chwili mnie zdziwił. Czyżby nadszedł moment, w którym zespól z „tej młodszej” fali sięga po swoje najbardziej osławione dokonania zamiast dziarsko promować najnowsze dzieło? Najwyraźniej tak, czas leci szybciej niż mi się wydaje. I pewnie nawet czołobitna postawa względem obu prezentowanych tu na żywo albumów nie zagnałaby mnie w grudniowy wieczór do B90, gdyby nie perspektywa koncertu jednego z najciekawszych zespołów na obecnej scenie. Nie „polskiej” czy „metalowej”, po prostu – scenie.

Metalowa Wigilia: Mayhem, Watain, Furia. 18.12.2016, Gdańsk, klub „B90”

Rok temu na niniejszych łamach wymienialiśmy z kolegą Łukaszem refleksje z koncertu Samael, którego dogasająca legenda została zadeptana przez supportującą go wówczas Furię. Na „Metalowej Wigilii” nie było co prawda tak żenującego widowiska, ale znów miałem poczucie nieadekwatności, że oto zespół na fali wznoszącej otwiera recitale starzejących się legend, które wpadły do banku po odsetki od kapitału. Trochę szkoda Furii na takie koncerty życzeń, ta zębata bestia dawno stoi na własnych łapach i raczej nie przypomina tego przyzwoitego, jadącego „pod Norwegię” zespołu, który nagrał „Martwą Polską Jesień”. Przekrojowy zestaw ze starszych albumów plus dwa kawałki z Księżyc Milczy Luty ukazały kapelę, która fruwa po własnej orbicie i swobodnie czuje się w psychodelicznych rozjazdach, jak i blackmetalowej siarce, na której wyrosła. Furia nie ucieka w pseudoawangardową fanfaronadę, bo to wciąż metalowy zespół i koncerty to potwierdzają. Specyficzna manieryczność ich propozycji artystycznej to po prostu własny język. Jakby Nikifor żył w naszych czasach i zamiast malować grał black metal. A nawet jeśli to tylko taka poza – z radością dam się nabić w butelkę. W dodatku był to nie tylko najlepszy, ale i najlepiej nagłośniony koncert tego wieczoru.furia

Podczas kontemplacji występu Watain w polu widzenia pojawił mi się nastoletni metalowiec uprzyjemniający sobie oglądanie bluźnierczego rytuału wsuwaniem nachosów z plastykowej tacki. Kimkolwiek jesteś, młody przyjacielu, dziękuję ci za ustawienie właściwych proporcji i przypomnienie mi gdzie jestem i co się właściwie dzieje. A działa się tak naprawdę blackmetalowa wariacja na temat Judas Priest i nie ma co się czarować, że palniki olejowe i kości rozwieszone na sznurze jak pranie to prawie piekło na ziemi. Lata temu debiutancki album Watain, „Rabid Death’s Curse” trafił do mnie drogą tapetradingu, pomyślałem wtedy, że to obiecujące połączenie Mayhem z Dissection. Po wydaniu „Casus Luciferi” twierdziłem, że to „De Mysteriis Dom Sathanas” XXI wieku. Trochę była to prawda… a trochę nie. Album swoje zamieszał i kogo miał zainspirować tego zainspirował, ale jego twórcy prędko wycofali się na bezpieczne pozycje. Wciąż nagrywali dobre płyty, ale przy tym nigdy nie spełnili pokładanych w nich nadziei, bujając się w pół drogi między aspirowaniem do metalowego mainstreamu a ideologicznym radykalizmem. Nie pomagały w tym przestrzelone hasła promocyjne o „nowych narodzinach black metalu” ani oszołomskie kurioza w rodzaju DVD „Opus Diaboli”. Watain, zespół z umiarkowanie długim stażem, sięga dziś po swój najbardziej kultowy materiał, bo chyba nikt nie oczekiwałby od nich ogrywania „The Wild Hunt”. Oczywiście odgrywa go z klasą i solidnie, przy umiarkowanie dobrej oprawie realizacyjnej (przez całe 70 minut nie udało się oskrobać ściany gitar z hałasu), ale jak na doświadczony zespół przystało, wstydu nie ma. Nie ma też niestety iskry, która rozpalała wyobraźnię 13 lat temu. Wystudiowane ruchy i poza „w szeregu stań, lewa noga na odsłuchu” kojarzyły się raczej z tercetem Tipton/Downing/Hill niż z fanatycznym black metalem, którym zionął „Casus Luciferi”. Doskonały materiał wykonała grupa aktorów przy wsparciu nieumiarkowanego charakteryzatora i takiej-sobie pirotechniki. Rewolucja pożarła swoje dzieci po drugiej fali norweskiego black metalu, kulejącymi gwiazdami nurtu „religijnego” najwyżej dłubie sobie w zębach.

Mayhem widziałem na żywo kilkakrotnie, ale punktem referencyjnym pozostaje ich występ w Hali Wisły w 2001 roku. Każdy kolejny ich koncert porównuję z tamtym i choć są lepsze lub gorsze, to uczciwie przyznaję, ze żaden z nich nie oferuje mi porównywalnych doznań. Był to czas, kiedy zespół reaktywował się wbrew woli fanów i pokazał im środkowy palec nagrywając doskonały „Grand Declaration of War”. Po scenie szalała małpa z brzytwą, czyli Maniac – frontman koncertowo dużo lepszy niż Attila (tak, tak). Dziś też nie jest źle, wiele zespołów z podobnym stażem chciałoby być w porównywalnej formie, ale to tylko proste stwierdzenia faktów, nie generujące ekscytacji. Nie budziła jej też wizja wysłuchania „De Mysteriis Dom Sathanas” w całości, bo utwory z tej płyty stanowią przecież żelazny punkt programu każdego koncertu Mayhem do tego stopnia, że większą atrakcją byłoby usłyszeć coś z „Chimery”. Jest to oczywiście jedna z najlepszych płyt „w ogóle” i koncert z takim materiałem nie mógł być zły – i nie był, choć przez cały „Funeral Fog” realizator starał się jak mógł, aby nikt nic nie usłyszał. Jeśli dla kogoś był to pierwszy raz z Norwegami, zachwyt mógłby być nawet uzasadniony. Dla mnie był to kolejny dobry, choć nie wybitny koncert. Nie rycz Attila, nie rycz, ja znam te twoje numery. Zawodzenie starej baby, machanie sznurkiem i czaszką, gra w marynarza i rysowanie palcem penisów na niewidzialnej szybie – wszystko to już widziałem. 15 lat temu dwumetrowy Kaczor Donald drapał się o drut kolczasty – on pozostanie w moim sercu już na zawsze, tego nie przeskoczę.mayhem

Popularny redaktor Przemysław Gulda w zapowiadającym koncert tekście stwierdził, że black metal to muzyka kontrowersyjna, bo pierwszy wokalista Mayhem wdychał wyziewy z martwych ptaków (hmmm…) i urządzał pogrzeby własnych gaci. Nie kwestionuję autentyczności i szczerego oszołomstwa członków Mayhem i Watain, gdyby nie były mi obojętne to pewnie bym w nie wierzył. Twierdzę, że black metal mało kogo dziś oburza czy deprawuje, nawet jeśli Necrobutcher miałby okazjonalnie powąchać przejechanego gołębia. Sztylety z lodu stopniały, a na koncertach panuje wesoły, piknikowy klimat, festiwal mody koszulkowej i okazjonalnego slalomu bez nart i kijków, za to z promilami. Pozostało trochę dobrej, dawno już pełnoletniej muzyki, w której naprawdę nie ma sensu dziś szukać transgresywnych doznań – te zaklęto na wersjach studyjnych. Chcąc uczestniczyć w wykuwaniu się zjawisk wartościowych tu i teraz, warto przebić się przez cykanie odcinających kupony nożyczek. Pod nim buzują zjawiska takie jak Furia, świeże i unikatowe, a dostępne na wyciągnięcie ręki.

Relacjonował Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Karol „Tarakum” Makurat/Tarakum Photography