METALFEST 2013 – nie chcę, ale muszę…

Redaktor Lerch mnie zmusił. Zmusił bym napisał relację z tegorocznej edycji Metal Festu, drugi raz organizowanego w Jaworznie nad zalewem Sosina (bzdura – nikogo do niczego nie zmuszałem – red.). Broniłem się rękami i nogami, argumentując na wszystkie sposoby. Bo jaką relację może napisać ktoś, kto widział tylko 3 numery prawie wszystkich kapel, kto koncentrował się głównie na tym z której strony świeci słońce i ile ma czasu na dobiegnięcie pod drugą scenę…

MetalFest, Jaworzno, 20-22.06.2013

Ale skoro piszę, znaczy, że zmusił skutecznie – ostrzegam jednak, będzie wybiórczo i bardzo subiektywnie – jakby komuś to nie pasowało, wyżej wymieniłem, kto jest za ten stan rzeczy odpowiedzialny. Mam przed oczami rozpiskę zespołów jakie w tym roku grały – nie będę jednak opisywał chronologicznie bo mija się to z celem. Kilka występów mnie poruszyło i na nich się skupię – bo przecież nie będę recenzował koncertu Fintrolla – bo co mam napisać? Uszy im nie odpadły, a to chyba sukces…Sodom

Najpierw gwiazdy – chyba najlepiej zagrał Satyricon, co jest dość ciekawe, bo przez pierwsze numery wydawało mi się, że grają koncert na tzw. odpierdol, ot by zagrać i sobie pojechać. Z biegiem setlisty okazało się jednak, że to nie olewka a po prostu taka „stylówa”: minimalizm kontaktu z publiką, dystans Satyra do wszystkiego oprócz swojego statywu. Były hity, był nowy numer (bardzo obiecujący, z dużą ilością blastów i smęcenia smutnymi, wolnymi riffami), całość opakowana w dobre, selektywne brzmienie – nawet główny riff z „Mother North” brzmiał tak jak powinien. Nie mam pojęcia, jak ich koncert by odebrał ktoś, kto jako dzieciak się nimi tak nie jarał, tak jak ja – dla mnie wszystko było na miejscu i w punkt. Druga gwiazda, Down zagrała fajnie, ale bez szału. Phil miał spore problemy z niewywróceniem się na scenie, nie wszystkie śpiewanki były celne. Ale Anzelmo to Anzelmo: charyzma i „jestem kurwa Phil Anzelmo” było wszechobecne i miało to swój urok. Brzmienie za to osiągnięto przezajebiste, tłuste, ciężkie – aż się przyjemnie tego słuchało, obojętnie czy w fosie, czy 100 metrów od sceny. Z gwiazd dnia trzeciego podobał mi się Sodom, było prosto, niemiecko i tak jak trzeba. O Helloween nie mam za bardzo co napisać, bo to kompletnie nie moja bajka – ale koneserom zapewne się podobało.

nie chcę, ale muszę...

nie chcę, ale muszę…

Volbeat… Tu napiszę tyle, że go nie było (mimo, że dojechał…) i chyba to wystarczy – na ich miejsce wskoczyło Destruction, na co publiczność festiwalu (po ogłoszeniu tegoż niusa) wydała jeden wielki ryk aprobaty. Bardzo dobrze wypadł Entombed, po Satyriconie chyba najlepszy koncert dużej sceny, oraz – o dziwo – Hatebreed. Jasta i koledzy jebnęli swoim kwadratowym metalcorem bardzo mocno i mimo, że dissowanie ich jest ostatnio bardzo modne, był to jeden z jaśniejszych punktów całego lineupu. Amerykanie zadowoleni po koncercie byli bardzo, ba, nawet zrobili sobie zdjęcie z publicznością – szkoda tylko, że zagrali tak mało numerów z czasów, kiedy byli naprawdę spoko zespołem. Podobnie pozytywnie odebrałem MFIllusion – ludzie się bawili, Lipa był w formie, mimo że pasowali – w teorii – do tego festiwalu jak pięść do nosa, obronili się bez problemu. Co jeszcze było dobre na dużej scenie? Na pewno Cryptopsy, które nie wzięło jeńców, na pewno The Dead Goats, ba! nawet Kat zagrał fajny koncert, choć na tańczącego Kostrzewskiego naprawdę ciężko się patrzy. Kat to kolejny koncert z bardzo dobrym brzmieniem – pod tym względem Metal Fest stał naprawdę na wysokim poziomie, obie sceny były świetnie nagłośnione, dużo powyżej polskiej średniej.

Mała scena położona urokliwie nad samym zalewem muzycznie często była dużo ciekawsza niż duża, już pierwszego dnia Red Fang, Karma to Burn, Elvis De Luxe i Belzebong jakościowo mocno powalczyli z większymi nazwami, które dokazywały pół kilometra dalej. Szczególnie Karma mi się podobała, gdyby nie to, że musiałem pędem lecieć na Accept, możliwe, że byłby to dla mnie koncert dnia. Dobre wrażenie zrobił też Thaw i to nie tylko dlatego, że panowie wytrzymali cały gig w bluzach z kapturem w 35 stopniowym upale. Piątkowy program małej sceny już tak mnie nie poruszył, może poza koncertem Terrordome, który ściągnął sporo fanów czapek z postawionym daszkiem. Dzień mocnym akcentem zakończyło Suicidal Angels. Destruction, jak wspomniałem, eksportowano z powodzeniem na scenę dużą

OstAntigamaatni dzień małej sceny, sobota, był pomyślany jako orgia napierdolu i faktycznie taki był, dopóki pogoda nie postanowiła wysłać nad Jaworzno oberwania chmury. Do tego czasu były dwa jasne momenty: Ass To Mouth oraz Antigama. Szczególnie ta druga kapela mnie rozwaliła, świetny koncert, mam nadzieję, że na żywo warszawski kwartet będzie grał jak najczęściej – nowe numery są znakomite. Dalszego programu małej sceny, niestety, już nie jestem w stanie opisać z przyczyn natury wyższej – musisz mi czytelniku wybaczyć – ale podobno Exhumed zrobił to, co powinien, czyli zabił.

Czas na podsumowanie – było lepiej niż w zeszłym roku, praktycznie pod każdym względem: i organizacyjnie i muzycznie. Duże zróżnicowanie gatunkowe było dobrym pomysłem, choć lata świetlne w tym kraju upłyną zanim prawie wszyscy przestaną na to narzekać. Ten festiwal ma duży potencjał by się rozwijać do naprawdę sporych rozmiarów i stać się naszym swojskim Brutalem czy też WFF – czego ekipie KnockOut życzę z całego serca. Gdyby tylko mogli zapewnić mniejsze upały – ideał zostanie osiągnięty. Trzymam kciuki, by edycja 2014 miała ciągle ten sam progres jakościowy. Jeśli tak będzie, jestem spokojny o edycję 20XX.

Wkrótce na naszym facebooku więcej ciekawych zdjęć z opisywanego wydarzenia.

Spisywał w pocie czoła Janek Fronczak

Zdjęcia: Basia Misiurek & Janek Fronczak (JB-Foto)