MĘSKIE GRANIE – polskie cebulactwo

Sobotni finałowy koncert Męskiego Grania w Żywcu był moim pierwszym. Teraz już post factum, zastanawiam się czy czasem nie ostatnim, bo męskiego grania było jak na lekarstwo, a całość wyprzedanej do ostatniego miejsca imprezy, przypominała raczej duży, spektakularny festyn niż festiwal z prawdziwego zdarzenia.

Sam teren imprezy, rzekomy amfiteatr (a co na tym zawalonym piachem i dyktą placu ma wspólnego z takim obiektem??) – owszem – sprawdził się, choć nie ukrywam, że lokalizacja nie zrobiła na mnie wrażenia. No, na pewno nie takiego jak moja wędrówka wokół rzeki, w celu sprzedania biletu pewnej młodej damie. Szlag by trafił brak oznaczeń na drodze, jak i w ogóle brak „przydatnego info” dla „festiwalowiczów”. Nie wszyscy mają smartfony, nie wszyscy ciągle siedzą w sieci, a prosta,  jakże wymowna ulotka lub odpowiednio wcześniej wrzucony post na „fejsa” Męskiego Grania mógłby sporo ułatwić. Szkoda, choć ostatecznie, nadkładanie drogi zrzucam na karb mojej dziewiczej wizyty w Żywcu…

Zanim nazwijmy to, „odnalazłem się” między budami z żarciem, stoiskami z piwem i toi toi’ami, minęło trochę czasu, tym bardziej, że ludzi przybywało w postępie geometrycznym, poruszanie się po niespecjalnie dużym terenie czasem bywało dość kłopotliwe. Na deskach pokaźnej sceny Męskiego Grania swoje trzy grosze do idei festiwalu próbowali dorzucić młodzi i wymuskani chłopcy z The Sunlit Earth. Ta gdańska formacja zaskarbiła sobie uznanie głównie damskiej części publiczności, aczkolwiek, na moje ucho, młodzi (dosłownie – stawiający pierwsze, poważniejsze kroki na rynku) mają przed sobą jeszcze sporo pracy. Smętne, brytyjskie granie wymieszane z „uderzeniem” a’la The Strokes, którym para się ta ekipa już dawno przestało być modne, dlatego dziwi mnie ich występ na tym fes(tynie). Najmocniejszym punktem całego zespołu jest perkusista, który chyba najmocniej zaangażował się w całe przedsięwzięcie, bez nadęcia i pozowania na gwiazdę rocka. Pokora zawsze w cenie! Jeśli jednak ktoś lubi takie nieskomplikowane i nieprzesadnie rozbudowane dźwięki, powinien mieć ich na uwadze. Jeszcze rok i „zabrzmią głośniej”, jak nie na Męskim Graniu to w konkursie T-Mobile.MG2

Koncert numer dwa, a zarazem jeden z najsłabszych tego wieczoru to oczywiście Mela Koteluk. Jako jedna z reprezentantek nowego pokolenia (ambitnych) polskich wokalistek, cieszy się sporą estymą. Czy w pełni zasłużoną – nie wiem, bo ilekroć niemłodą już blond wokalistkę widzę na scenie, męczy się, dwoi i troi, a jej materiał jednym uchem wpada, drugim wypada. Zakładam, że autorka „Spadochronu” chciałaby wzbudzać takie emocje jak Julia Marcell czy z innej beczki, Maria Peszek parę lat wstecz, ale nie da rady. Nie pomaga jej w tym ani Czesław, ani fantastyczny zespół. Nie łykam jej i tyle, a co więcej, uważam i nie jestem w tym odosobniony; powiedzmy, że na swój sposób intymny materiał wokalistki nie nadaje się na duże sceny. Jest to muzyka, którą powinno się odbierać najlepiej w małych lub średnich klubach o dobrej akustyce, gdyż miejscami jest rzeczywiście „gęsto”, ale jak wszyscy doskonale wiemy, takich jest jak na lekarstwo a prezentacja materiału w plenerze to raczej strzał w stopę (o dziwo nie dla organizatorów! SIC!).

Podobnie odbieram dj set Modulators. Druga tego dnia odsłona projektu, będącego jednym z flagowych artystów w labelu Asfalt Records zainteresowała jedynie mocno siedzących w temacie. Zresztą, prawdę mówiąc, o ile warunki do prezencji swoich dj’skich umiejętności panowie mieli znakomite, tak sposób ich prezencji (tylko i wyłącznie turntablism) pozostawiał spory niesmak. Ktoś próbował tańczyć, ktoś machał ręką, ale koniec końców, okazało się, że Dj Eprom i dwójka jego towarzysz zrobili to wszystko dla samej sztuki. W sumie spoko, ale nie na Męskim Graniu. MG4

Dwa kolejne koncerty wpisujące się w rapową formułę pozostawiły mnie w dość dziwnym stanie. Pierwszy, reaktywowanego Kaliber 44, przygotowującego się do wydania nowego albumu, traktuję jako próbę dorobienia sobie dodatkowych pieniędzy (zwłaszcza przez jeżdżącego taksówką w Katowicach Yokę). Ani Abradab ani DJ Feel-X nie narzekają na brak zajęć, a jak im się nudzi, grają Kalibra jako Baku Baku Skład, lub robi to sam Abradab. Dziwi mnie zatem nagłe przypomnienie sobie o „tylu utworach Kalibra, które czekają na publikację”, jak i zryw do kontynuowania działalności – w dodatku, już po hype na wiadomy film o wiadomej osobie. Sam koncert z pełnym zespołem uważam za dość przyzwoity i mógłbym zobaczyć ich jeszcze raz, ale w klubie (Warszawa i Kraków są już pewne). Mam jednak nadzieję, że w przyszłości Dab da drugiemu mc więcej miejsca – zarówno na scenie jak i za mikrofonem aby się wykazał, bo skradł całe show, a jako, że w końcu za majkiem jest ich dwóch, wypadałoby się nim odpowiednio podzielić. Fani Kalibra przypomnieli sobie sobie wersy o grubym, czarnym kocie, mózgach wypełnionych Marią normalnie o tej porze, nawet na featuringu z Ostrym (Baku Baku to jest skład). W konfrontacji z występem Zoraka czy samego dyrektora artystycznego parę godzin później, set Kalibra tak jak lata temu, okazał się zbyt psychodeliczny. Kogoś to dziwi?

Zorak w/g ulotki otrzymanej na wejściu miał wystąpić z Adamem Ostrowskim, a.k.a Ostrym. Udało się, tak jak wszystkie inne zaplanowane atrakcje, ale po cichu liczyłem, że feat z Adamem na skrzypcach rozciągnie się i dojdzie do zabawnej konfrontacji beatboxera i rapera z raperem skrzypkiem, albo panowie może „pojadą na wolnym”? Tak się nie stało; jako, że Zorak nie przemawia do mnie jako mc, wybrałem kiełbę za 10zł (najsłuszniejsza opcja z oferty gastronomicznej) i zimne piwo. Czyli typowe, polskie cebulactwo (prawda, że nie narzekam?).

Chciałbym mniej narzekać i właśnie teraz jest ku temu miejsce. Po pierwsze, niezwykle chwalę sobie punktualność oraz doskonałą pracę technicznych na scenie. „Przepinki”, o których tak często wspominał Stelmach, rzeczywiście trwały zaskakująco krótko – i bardzo dobrze. Wszak przecież formuła 30 minutowych koncertów powinna nieść ze sobą także „gibką pracę” obsługi, z której jestem cholernie zadowolony i coraz mocniej wierzę w koncerty „bez obsuwy”. Nie tylko Go Ahead i KnockOut mogą się pochwalić takimi wydarzeniami.

Czesław, który wyraźnie traktuje swoją obecność na scenie jako kabaret i groteskę, mógł mi się podobać, kiedy był nową twarzą na polskim rynku. Dziś mam do niego ambiwalentny stosunek i mimo dość ciekawego, chyba nawet cyrkowego występu, bezczelnie zlałem jego performance. Zwłaszcza duet z Melą Koteluk.MG5

Znajomy zespół z Mysłowic pokazał się w bardzo dobrej formie. Nie gorszej niż całkiem niedawno w moim rodzinnym mieście. Tym razem krótko, zwięźle, ale za to z rozmachem i fenomenalnym brzmieniem (najlepszy sound wieczoru). Zwolennicy grupy nadal nie przepadają za nowym materiałem, za to do osoby nowego wokalisty mają już całkiem pozytywne zdanie. I słusznie. Młodzian z poznańskiego Snowman, w stronę którego spłynęła niewyobrażalna ilość peanów i lukru ze strony Stelmacha, „ładnie” zastępuje Rojka. Szkoda tylko, że zespół gra teraz na Dożynkach i innych tego typu imprezach (jak u mnie – na Dniach Hutnika i Górnika) zamiast wziąć się w garść i odpowiednio, bez starych koneksji, promować nowe wydawnictwo. Utwór wieczoru w wykonaniu Myslovitz? Mocarny „Telefon”. Zdecydowanie tak. Tutaj warto wspomnieć o wizualizacjach „Spidera”. Cóż, o ile na dj’skich imprezach wygląda to ciekawiej, intensywniej, a czasem nawet w rytm muzyki, na Męskim Graniu w tym temacie działo się niewiele, ale ku mojemu zaskoczeniu, jednak wszystko „grało” i pasowało do siebie jak należy – niezależnie od kolorystyki i formy (szczyt „wizualek” został osiągnięty na zespole wieczoru tj. Hey).

Szumnie zapowiadany gig Ostrego z Michałem Urbaniakiem, który normalnie miał wieńczyć festiwal, wywołał we mnie bardzo mieszane uczucia. Wina to m.in. Stelmacha, który ze wszystkiego, co się działo w Żywieckim Amfiteatrze, starał się (zawsze bez zająknięcia!) zrobić spektakularne i jedyne w swoim rodzaju wydarzenie. To wina pracy w radiu i mediach w ogóle, które kurczowo trzymały się zdania o wyjątkowości tego koncertu, a mianowanie go „największym muzycznym wydarzeniem roku” doskonale odzwierciedla ogólne nastroje wokół imprezy. Ciekawe, czy wodzirej Stelmach rzeczywiście ma takie zdanie o Męskim Graniu, czy to po prostu rutyna i wyuczone kwestie? Nie wiem, nie odmawiam chłopu ani wiedzy, ani dziennikarskiego rzemiosła, ani w ogóle image, z którym można kojarzyć ten event, ale nie ukrywam, że męczył bułę niemiłosiernie. Naprawdę, nie wszystko, co się działo było niesamowitym przeżyciem. Niesamowitym przeżyciem, a nawet koncertem życia może być gig reaktywowanego Accept na Wacken parę lat temu, kiedy to dali 3 godzinny set, albo gig teatralnego Arcturus lub totalnie intymne chwile spędzone z Rome w ciasnym klubie, nie biba pełna mniej lub bardziej nawalonych osób, którym w sumie wszystko jedno czy Ostr w euforii rzuca w tłum swoją bluzę Tabasko, czy to, że nagle na scenie w ramach finału finału imprezy pojawia się Czesław, uzupełniając bardzo rozbudowany skład Heya. Ten „ludzki” element psuł klimat, ale i nie powiem, żebym specjalnie na to zwracał uwagę.MG

Wróćmy do samego koncertu. Urbaniak, bez dwóch zdań jeden z największych, polskich muzyków w swojej klasie wpisał się w gig Ostrego jak ulał. Choć nie ukrywam, że pojedynek dwóch skrzypków pozostawił wiele do życzenia (nie wiem jak mogli się słyszeć na scenie, skoro w odsłuchach tak jak i my na przodach mieli bezustanne skrecze), ale ch… tam się znam, dlatego jak wszyscy uznam, że było to coś wyjątkowego i dzielę z Adamem łzy wzruszenia. Pewnie na jego miejscu płakałbym jak dziecko z radości, ale jako widz – niekoniecznie. Jak wypadł sam Adam? Świetnie, jak zawsze. Nie widziałem jeszcze słabego występu łódzko-kaliskiego mc i na to się nie zapowiada. Co prawda, zaskoczony byłem – i to trochę in minus – pojawieniem się Hadesa, bo liczyłem na więcej samego Ostrego w Ostrym, ale trudno. Innym razem.

Hey jak Hey… Urodzinowo, o czym nie dał zapomnieć tłum (42 urodziny Nosowskiej) i to chyba tyle. Nie do końca przemówił do mnie tak wyselekcjonowany repertuar, zwłaszcza, że jestem do granic możliwości zakochany w „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” a i z nowego dzieła wybrałbym co innego, jednakże to był Hey, który znam, lubię a nawet uwielbiam. Tym razem z mniej statyczną Kasią i w świetnej oprawie audiowizualnej. Headliner z prawdziwego zdarzenia? Jak najbardziej.

To by było na tyle. Do zobaczenia za rok? Chyba jednak tak…

Grzegorz „Chain” Pindor

Zdjęcia: Archiwum Męskiego Grania/M.Jawornicki, D. Kramski