MAYHEM – Świnie, perły i upiory…

Dotarłem do ściany i nie wiem co zrobić dalej. Jak opisać zdarzenie, które w pamięci tkwi jako zapis emocji tak silnych, że odczuwanych wręcz fizycznie. Jak zawrzeć ten natłok myśli w kilku zdaniach, które oddadzą choć szczyptę atmosfery, którą poczuć i chłonąć można było tylko stając oko w oko z upiorem? No jak?

 

Voidhanger, Merrimack, Mayhem Warszawa 29.05.2014 Klub Proxima

Deszcz postanowił zrobić sobie przerwę lecz pozostałe nad miastem sinoczarne chmury zwiastowały, że coś wisi w powietrzu. Zimny wiatr przenikał do szpiku kości. Generalnie pogoda nie wskazywała na to, że stoimy u progu lata. Dzień powoli chylił się ku upadkowi i w takich to okolicznościach przyrody zakutany w ciepłą bluzę z obowvoid1iązkowym kapturem odbyłem pielgrzymkę na koncert jednego z najważniejszych zespołów w historii zjawiska o nazwie metal. Przed klubem melduję się niemal w czasie gdy otwarte zostają bramy a raczej drzwi. Oczekując na pozostałe części wycieczki mam czas na małą obserwację towarzystwa, które zebrało się w liczbie kilku setek. Głowy siwe, głowy młode, wygolone, długowłose; pełne spektrum wszelkich możliwych gatunków metalostwa. Już w komplecie meldujemy się w ciepłym wnętrzu klubu. Od progu wita bardzo masywne, grane na pełnej kurwie, metalowanie czyli piękni i młodzi chłopcy z Voidhanger. Jak dla mnie grali za krótko, ale za to tak pięknie, że utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że jeśli zespół ten będzie działał nadal to na nową płytę Infernal War mogę jeszcze zaczekać. Były świnie, były perły był to bardzo dobry, intensywny szoł, który dostarczył mi wielce pozytywnych wrażeń a uśmiech na twarzy Zyklona świadczył chyba o tym, że muzykom również się podobało, choć może to być nadinterpretacja.

Przerwa mija w krótkiej kolejce po napój piwu podobny i kuluarowych rozmowach, podczas których dowiaduję się rzeczy tak cennych jak choćby tego iż w Voidhanger grają muzycy Impaled Nazarene, którzy to na nowej płycie mocno inspirują się Deathspell Omega. No cóż, człowiek uczy się przez całe życie. Z wielce intrygującej rozmowy wyrywa dźwięk stopy. Znawca rozmawia dalej sam ze sobą a ja podążając za stopą trafiam w bliższe okolice sceny. Tu krząta się już ekipa francuskiego Merrimack. Niestety, ten bliżej mi nie znany twór okazał się być zespołem boleśnie nudnym. Wiem, że grają już wiele lat, że wokalista pociął się niczym stary dobry psychopata Maniac, ale i tak nie przekonali mnie do swojej twórczości. Niestrawny niczym czerstwa bagietka black metal zmęczył mnie okropnie.merri4

Regeneracja nie strawionych sił przy tym razem dość mocno obstawionym barze wypełniła prawie całą przerwę, która nastąpiła po występie Merrimack. W klubie zrobiło się gęsto, mayhem5jeszcze bardziej ciepło i nadszedł czas na wyprawę do innego świata. Mayhem. Nie jestem w stanie ocenić tego koncertu od strony technicznej gdyż ładunek emocji jaki otrzymałem zasadniczo wykrzywił moje postrzeganie świata. Mayhem zrobili dokładnie to czego oczekiwałem po ich secie. Zniszczyli. Attila przyodziany w pelerynę i trupi makijaż od razu przejął kontrolę nad publiką. Można mówić o nim jako o wokaliście różne rzeczy, ale facet ma w sobie coś niesamowitego i będąc tego wieczoru bardzo dobrze dysponowanym, stworzył coś więcej niż tylko chory performance. Atmosfera tego koncertu mimo iż pewnie wystudiowana i być może teatralna była tak gęsta, że niemal każdy dźwięk raził do żywego mięcha. Attila niczym upiór wyśpiewywał kolejne frazy i całym sobą grał spektakl, który nie pozwalał oderwać oczu od sceny. Kolejne pieśni były jak wymierzone w ludzi pod sceną razy a dobór utworów w moim odczuciu był po prostu znakomity. Pierwszym ciosem poleciały „Pagan Fears”, „Deathcrush” „Buried by Time and Dust” a w publice zakotłowało się solidnie. Coraz bardziej spoceni łysi i długowłosi ruszyli do szalonego tańca. W powietrzu latały nogi a w krótkich przerwach pomiędzy utworami gardła opuszczał ryk. Kolejny moment kulminacji to odegrany z szaleństwem i takoż przyjęty „Psywar”. Coraz gęstsza atmosfera. Więcej potu, wrzasku i tańca a Attila miota się z ludzką czaszką balansującą na mikrofonie. Ostatnie pięć numerów perfekcyjnie dopełniło dzieła. A zakończenie w postaci „Carnage” i „Pure Fucking Armageddon” to nic innego jak kubeł gorącej smoły wylany na łby…unnamed

Nie umiem obiektywnie ocenić czegoś tak intensywnego jak spotkanie z Mayhem. Czuję się rozstrojony i zniszczony. Pełen emocji. Słucham Starofash i wracam do domu śmierdzącym warszawskim moczem autobusem. To ZŁY zespół, nie puszczajcie dzieci na ich koncerty. Mayhem niszczy psychikę i zmienia sposób postrzegania. Dziękuję za uwagę…

Wiesław Czajkowski

Foto: Robert Czarnecki