MARK LANEGAN BAND – Mroczny rycerz powstał

Moje marzenie się nie spełniło i Mark Lanegan nie zaśpiewał ani jednego kawałka z repertuaru Screaming Trees. Szkoda. Może następnym razem doda do setlisty. Ale i tak jego koncert w krakowskim klubie Fabryka to było wspaniałe wydarzenie artystyczne.

Mark Lanegan Band, Faye Dunways, Duke Garwood – Kraków, Fabryka, 20.02.2015r.

Rodzimi fotografowie zapewne znienawidzili Lanegana na wieki. Dawno nie wdziałem koncertu, na którym na scenie przez cały czas panowałby półmrok, a czasami wręcz mrok. Zerowe znaczenie w tej sytuacji miało, czy można pstrykać przez pierwsze trzy, środkowe cztery, czy ostatnich pięć numerów.

Cóż, wspaniałych galerii zdjęć Mark Lanegan Band po koncercie krakowskim nie przybędzie, ale z całą pewnością powiększy się, i to znacznie, grono fanów artysty. Bo jego koncert był naprawdę świetny. Co ciekawe, Lanegan zjawił się w Fabryce dosłownie kilka dni po tym, jak w tym samym miejscu kapitalny występ z The Afghan Whigs dał jego serdeczny kumpel, Greg Dulli. Mark podobnie do rodaka wokalnie zaprezentował się fantastycznie. A przyznam, że miałem pewne obawy, co do jego formy, wiedząc, że przez jego gardło przeleciały tony sześcienne dymu tytoniowego i hektolitry łyskacza. Bałem się niepotrzebnie. Od pierwszych dźwięków kameralnie brzmiącego „When Your Number Isn’t Up” do ostatniego bisu, którym był zagrany już z całym zespołem „The Killing Season”, głos nie zawiódł go ani razu.

Spodziewałem się, że Mark będzie raczej wycofany i nie będzie mizdrzył się do ludzi ani czarował zabawnymi gadkami, tudzież zachęcał do szaleństwa, i tak właśnie się zachowywał. Niczym mroczny rycerz, który nie chce ujawniać twarzy, stał lekko pochylony przy mikrofonie, prostując się, gdy trzeba było zaśpiewać. Przez półtorej godziny wypowiedział może pięć, sześć zdań, głosem niczym młodszy brat Jana Himilsbacha, tylko podszytym większą melancholią, a chwilami nawet rozpaczą. No, ale ten ból i trud życia w jego piosenkach nie wziął się tylko z wyobraźni, jak dobrze wiemy…mark_lanegan_krakow_19022015_fot_romana_makowka

Przyznam, że niespecjalnie przypadła mi do gustu ostatnia płyta Marka, „Phantom Radio”, z której zagrał najwięcej piosenek. Ale na żywo, w wykonaniu naprawdę świetnego zespołu towarzyszącego, jakoś mnie nie odrzucały. Odnosiłem wrażenie, że wielu przybyłych tego wieczoru do Fabryki liczyło na wczesne kawałki, na przykład z „Whisky For The Holy Ghost”, bądź jak ja miała nadzieję, na numer (-y) Screaming Trees, może QOTSA. Ci musieli obejść się smakiem. Swoją chwilę mieli wielbiciele The Twilight Singers („Deepest Shade”). I to tyle, jeśli chodzi o działalność poboczną Marka. Za to chyba nikt się nie spodziewał, że ten introwertyczny melancholik zdobędzie się na wyjście do ludzi parę minut po koncercie i popisywanie płyt! Wysoki i chudy jak tyczka Lanegan, w okularach i czapeczce cierpliwie podpisywał wszystko, co mu podsunięto. A kolejka podsuwających była słuszna, jak i frekwencja w Fabryce (stawiałbym między 700 a 800 osób). Choć nie doczekałem się pewnych piosenek, koncert ten będę wspominał ciepło, bo był po prostu fantastyczny. To był pokaz prawdziwej sztuki w wykonaniu wyjątkowego artysty. Niech mizdrzą się inni, niech inni zasypują publikę anegdotami, kawałami, Mark Lanegan zabiera nas w swój mroczny świat w sposób, jaki lubi. Stwarza atmosferę niczym o knajpie nad ranem po całej nocy picia i wyżalania się na całe zło świata oraz nieudane związki, decyzje, etc.

O występach supportów wiele dobrego napisać się nie da. Kumpel Marka, Duke Garwood, poległ w starciu z techniką (notorycznie sprzęgała mu gitara) i zwinął manatki kilkanaście minut przed planowanym końcem. Otwierający całą imprezę duet Faye Dunways zafrapował fajnymi czarno-białymi wizualizacjami, ale już nie muzyką. Klawisze, laptop plus gitara tworzyły coś na kształt noise’u połączonego z industrialem i psychodelią. Panowie dopiero startują, więc może za jakiś czas coś ciekawego jeszcze stworzą (ponoć pracują już nad płytą), ale na razie nie są w stanie na dłużej przyciągnąć uwagi. Połowa duetu, Fred Lyenn Jacques, świetnie sprawdził się tego wieczoru jako klawiszowiec i gitarzysta Marka Lanegana.

Tekst: Lesław Dutkowski

Zdjęcie: Romana Makówka