MARK LANEGAN BAND – Chodzi o prawdę

Mastodon czy Lanegan? Pozornie to kwestia wymagająca wielogodzinnych rozważań, w praktyce natomiast wybór mógł być tylko jeden. Sugerując się nie najlepszą koncertową famą podążającą za brodatymi Jankesami, skierowałem swoje kroki ku progom Proximy. Sprawdzić, czy słynne „Bóg i prawda w głosie” to tylko czcze pogróżki, czy wręcz przeciwnie…

Mark Lanegan Band, Joe Cardamone, Lyenn, Warszawa, Proxima, 11.11.2017r.

Zaczęło się dość niepozornie. Jednoosobowy twór zwany Lyenn ani nie rozgrzał, ani nie zaintrygował. Ot – przystawka, jakich tysiące. Smutne, bluesowe melodie sunące niespiesznie ku końcowi. Tego końca wypatrywała, dodajmy, naprawdę pokaźna rzesza słuchaczy; zupełnie, jakby wszyscy bali się uronić choć odrobinę z tego, co miało wydarzyć się później. Frekwencyjnie tej sztuki z wrześniowym koncertem Timber Timbre nie sposób porównywać – tego dnia w Proximie było naprawdę tłoczno.
Następnie był Joe Cardamone i jego święta wojna, jakkolwiek te słowa odczytywać. Wiarygodności owemu hasłu dodawał z pewnością fakt, że jegomość w istocie sprawiał wrażenie niezwykle czymś wkurwionego. Jak wiadomo, to uniwersalny zalążek twórczego fermentu i wszelkich dobroci z niego płynących… Zajmujący był to performance – bo właśnie w takich kategoriach go postrzegam. Surowy, wręcz klubowy podkład mieszał się z intrygującymi wokalizami, w których wyłapać można było zwiastun „czegoś więcej”, jakieś echa synth – popowych legend. To właśnie one nadawały całości melodii i czegoś na kształt przebojowości. Estetyka obrana przez Cardamone na dłuższą metę może uwierać (i słuchacza, i samego artystę, jak podejrzewam), ale w półgodzinnej dawce sprawdza się co najmniej dobrze.
Lanegan i spółka nie kazali czekać na siebie przesadnie długo. Początkowy mój entuzjazm osłabł nieco, kiedy zorientowałem się, że – chociaż Bóg niechybnie się w tym głosie chowa, a zespół brzmi potężnie i niezwykle precyzyjnie – dostanę najpewniej ni mniej, ni więcej fantastycznie odegrane przedstawienie, w którym jednak duszy będzie jak na lekarstwo. Skąd te myśli? Słysząc koncertowe wersje „Nocturne” czy „Death’s Head Tattoo”, nie mogłem uciec przed malkontenctwem. Niby wszystko się tam zgadzało, ale… jedne z najlepszych numerów na „Gargoyle” wyzbyte były uczucia. Owszem – chłód pozostał, ale nie ten pożądany, znany z nagrań, a raczej taki niechciany. Bezduszny. Widząc bębniarza okładającego hi – hat namiętnie i bez jakiegokolwiek zróżnicowania, załamałem ręce. Refren „Nocturne”, w oryginale tak klimatycznie ciężki, tutaj dosłownie zgubił się w zimnej masie. Zmalał.Mark Lanegan

Szczęśliwie, moje oceny były nieco przedwczesne. Podobało mi się (chociaż nie zachwyciło) wykonanie eterycznego „Sister”, „Beehive” natomiast w chłodzie odnalazł swoje naturalne środowisko. Magia, o której marzenia zdążyłem już tego wieczoru porzucić, narodziła się gdzieś w połowie setu, wraz z nastaniem pięknego „One Hundred Days” z poruszającym, gitarowym outro, czy transowego w swojej prostocie „Ode To Sad Disco”. Później były jeszcze nasycone elektroniką wyimki rodem z „Phantom Radio” oraz wyciszone, akustyczne bisy, przełamane potęgą „Death Trip To Tulsa”. Tego ostatniego numeru nie spodziewałem się doświadczyć – nie gości on w koncertowych setlistach Lanegana szczególnie często, a w tym roku grupa nie grała go niemal w ogóle. Zabrzmiał tak, jak zabrzmieć powinien, stanowiąc godne zwieńczenie wieczoru.
I ten właśnie szczegół, chociaż z pozoru nieistotny, stanowić może odpowiedź na moje rozważania o zawartości duszy w koncertowych wystąpieniach Lanegana. Nie ulega bowiem wątpliwości, że plastyczność setlisty i związany z nią intrygujący element niewiedzy charakteryzuje artystów, którym wciąż się chce; dalekich od postrzegania pobytu na scenie w kategoriach obowiązku. Obecność Boga oraz prawdy w głosie pana Marka stwierdzono – to chyba najistotniejsze. Nie był to może najbardziej ekscytujący czy najlepszy koncert roku, ale przecież nie o to chodzi. O tę prawdę właśnie.

Adam Gościniak