LEPROUS, VULTURE INDUSTRIES, NOYE, MOAFT – cztery bułeczki i śpiewający pucharek

„Nie ma przypadków” – rzekł z porażającą pewnością siebie red. Spryszak, po tym jak opuścił na chwilę Wydział Remontowy, gdzie tego deszczowego wieczora poza Leprous swój występ sprezentował gawiedzi za część 23 złotowego biletu rzekomo niezapowiedziany nigdzie i nijak, a recenzowany przez niego dzień wcześniej na łamach Violence Online – Vulture Industries. Moja niechęć do ogólnej koncepcji determinizmu wystawiona na próbę tak dziwacznym zbiegiem okoliczności (czytaj: braku doinformowania zainteresowanych) kazała mi zaprzeczyć tezie kolegi, ale zwykła uczciwość nakazywała zgodzić się z interlokutorem. Jaki to drań mógłby powiedzieć o szansie zobaczenia Leprous – jednego z kilku najwybitniejszych zespołów – kilka przystanków od miejsca gdzie mieszkam, jak o przypadku? „Nie ma przypadków” gdy pewna niewielka, zorganizowana część świata sprawia takie prezenty z myślą o tobie. „A ja nie jestem draniem”. Właśnie tak chciałbym myśleć o sobie przez pryzmat tego magicznego wydarzenia.

24 września 2013 r., Gdańsk, „Wydział Remontowy”

Nogi i zmysł równowagi umożliwiły mym oczom i uszom obcowanie – jak się wtedy zdawało – z drugim zespołem supportującym Leprous – niejakim Moaft, który to za sprawą późniejszej długiej dedukcji autora tej relacji okazał się być czymś, co zwie się Noye. Jako, że wspomagacze zawsze (?) są złem koniecznym, wytrwałem w tym źle kilka numerów i trwanie to sprawiło mi – nie powiem – przyjemność. Fruwały gdzieś pelikany, czerwone wróble, neurotyzmy. Niezwykle cierpliwe, konsekwentne budowanie napięcia w utworach świadczyło o dojrzałości muzyków. Pomimo wiadomych wzorców i fascynacji chłopaków, w ich grze nie wyczułem skoku na ostatnio popularny trend grania dla upalonych leniwców. Przede mną stał fajnie wystylizowany na… siebie zespół.

Podczas dłuższej przerwy wymuszonej zwiezieniem do sali pokaźnej ilości sprzętu, moją uwagę przykuł wysoki młodzieniec krzątający się w klubowym obejściu. Tak! Oto Einar Solberg – pogromca Chrisa Martina i Devina Townsenda. Oto głos, który w moim obejściu uzdrawia, pomaga w sprzątaniu i organizuje romantyczne kolacje. Nieśmiało poprosiłem wokalistę i klawiszowca Leprous o odbycie fotograficznego stosunku celem uzyskania zdjęcia do osobistego ołtarzyka (jest tam Kim Bendix Petersen, czeka na mnie samotny Simon Hestenes). Jako osobnik o charakterze posiadacza, mogłem w zasadzie z takim łupem powrócić na rodzinne łono. Ach tak, muzyka…

 Cztery bułeczki i śpiewający pucharek

Cztery bułeczki i śpiewający pucharek

Podczas oczekiwania na występ Leprous przyglądaliśmy się pracy technicznych zespołu. Długie, długie brody, długie, długie włosy, ryże to, wysokie i… na bosaka! Nagle chwycili za instrumenty i zaczęli grać. Ustalenie numer jeden: nie jest to Leprous. Ustalenie numer dwa: skoro widzieliśmy już jeden polski zespół, a miały grać dwa polskie zespoły (umknął mi gdzieś fakt, że Noye są z Kaliningradu), to przed nami występuje polski zespół numer dwa. Ustalenie numer trzy: ustalenie numer dwa jest nieprawidłowe – panowie nie wyglądają na Polaków, a akcent i wymowa wokalisty przerastają moje wyobrażenie o dobrym polskim-angielskim kształtowanym w czasach „Are You A Rebel” Acid Drinkers. Ustalenie numer cztery: karygodnym byłoby niepoczynienie ustalenia numer cztery, którego centrum poznawczym jest chodząco-śpiewająca impersonacja Ian’a Andersona z Jethro Tull. Choć nie usłyszałem fletu, ów pan dorabiający również w Hollywood jako sobowtór Aluna Armstronga (Braveheart, Van Helsing) poruszał bioderkami, wymachiwał rybimi oczami i ludzkimi rękoma. Ustalenie numer pięć: próby dopasowania tych niemiarowych erupcji muzyki do Solstafir i Arcturus nie przynoszą dziennikarskiego ukojenia. Śpiew, krzyk, wycie i pasja wokalisty wespół z rozdętą stylistycznie muzyką stworzyły świetne widowisko tego zespołu-niespodzianki.

W czasie przymusowo-dobrowolnej przerwy mojej dzielnej drużyny na zrobienie zapasów na zimę, jeden z jej członków – red. Spryszak informuje, że to Vulture Industries, czyli grupa, której album recenzował dzień wcześniej. Skoro to co grało uzyskało już nazwę, która jako już znajoma sprawiła, że zespół automatycznie zyskał na znaczeniu, zapragnąłem powrócić do klubu i wielbić zespół na którego wielkości nie poznałem się (bo o wielkości zespołu nie decyduje przecież jakaś tam muzyka tylko to czy się o nim mówi i pisze), lecz szatan-serduszko szepnął: czekasz na cieplejsze bułeczki, na słodszy pucharek.

Cztery bułeczki i śpiewający pucharek pojawiły się na scenie w garnituropodobnych wyrobach. Moje szczęście wierzga, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Może bliżej lewej strony sceny, może w czerepu prześwitach by rozbudzić w sobie jeszcze bardziej tą świadomość jakże realnego obcowania z tym dream-teamem. Bo Leprous to dla autora tej relacji triumf najczystszego talentu nad artystyczną kreacją, który pozwala wyrażać się muzykom w sposób, którego nie doszukałem się u największych z gatunku homo progressus.

Solberg jakby nieobecny na scenie

Solberg jakby nieobecny na scenie

„Foe”. Nie słyszałem w tym momencie muzyki. Otrzymałem pozawerbalny rozkaz dla ciała. Uderzenia wyznaczały kres tego co sztuką może być nazwane, gdy nazwy przestaną być za chwilę potrzebne. Solberg jakby nieobecny na scenie, nieświadomy istnienia czegoś tak przyziemnego jak uśmiech, półuśmiech. Bez względu na to kim jest Einar i czyje zwłoki leżą pod jego łóżkiem, to wyobcowanie jawiło mi się jak oddanie muzyce i wielkie staranie nad jej odpowiednio zaangażowanym emocjonalnie wykonaniem.

„The Valley” i „Echo” z nowego, doskonałego albumu „Coal”, to odważne próby odtrucia publiczności z hałasu, za który lubi płacić. Dwa niespełna dziesięciominutowe utwory wypełnione dźwiękami keyboardu z okresu „Innuendo” Queen i łamiącym się głosem Solberga stanowiły dowód nonkonformizmu zespołu, który mógłby kupić publikę krótszymi, bardziej energetycznymi formami. Intubacja nastąpiła wprawdzie za sprawą „Restless” z albumu „Bilateral” i surowszego materiału z „Tall Poppy Syndrome”, ale w mojej ocenie zespół najlepiej wypadł prezentując materiał z ostatniej płyty – dynamiczny „Chronic” i przepiękny „The Cloak” zrzuciły cyrkowego woltyżera z grzbietu konia i pozwoliły zwierzęciu dostojnie kroczyć w rytm jego serca.

Za sprawą kończącego koncert „Contaminate Me” poznałem przepis na wykonanie utworu, który powinien akompaniować przy agonii naszego świata. Oryginalne partie wokalne Ihsahna Solberg uczynił jeszcze bardziej przejmującymi. Wydobywający się z powykręcanej wysiłkiem twarzy wrzask brzmiał jak wypowiedziany wreszcie, oczyszczający wyrzut sumienia. Czuć było, że po tak emocjonalnym wybebeszeniu domaganie się bisu byłoby po prostu głupie i świadczyłoby o zakwestionowaniu energii, którą zespół włożył w wykonanie tego apokaliptycznego miażdżydła. Tak czy inaczej, naród nie domagał się bisu, ale też trzeba przyznać, że Leprous zagrał naprawdę długo, doprowadzając przynajmniej mnie do stanu bliskiego nieprzytomności.

coraz częściej muzycy grający na scenie są ode mnie młodsi

coraz częściej muzycy grający na scenie są ode mnie młodsi

Moją uwagę kilkoma drobnymi błędami przykuł perkusista Leprous, który odpowiadając po zakończeniu koncertu na moją porażającą wpadkę („świetnie zagrałeś na „Coal”), wyjaśnił, że nazywa się Baard Kolstadt i zastępuje na trasie Tobiasa Andersena, który obecnie wspomaga Shining. Chylę czoła przed tym pryszczatym młokosem za odegranie choćby arcytrudnych partii w „Chronic”. Drobny Suhrke, nieskolonizowany przez mikroby, ze swoją zaczeską wyglądał zresztą także na licealistę, a powagi dodawał mu gustowny krawacik i ośmiostrunowy potwór uwieszony u jego szyi. Solberg w trakcie występu rzucił kilka razy „Thank you, Poland”, co wydawało mi się dość nieadekwatne do sytuacji, mając na uwadze fakt, iż kraj reprezentowała niewielka, kilkudziesięcioosobowa grupa trójmieszczan.

Po koncercie naszła mnie przygnębiająca refleksja, że coraz częściej muzycy grający na scenie są ode mnie młodsi. W dawnych czasach, gdy jeszcze Nick Holmes uczył się śpiewać (w zasadzie ciągle to robi), taka sytuacja wydawałaby mi się równie realna, jak Peter Jackson dostający po nakręceniu „Braindead” budżet na wiadomą trylogię. Stojąc ramię w ramię z Einarem Solbergiem poczułem się jak dziad podszczypujący młodą dziewczynę. Na przykładzie koncertowych niespodzianek pokrzepiłem się jednak tą myślą, że życie jako proces w swym przebiegu nieprzewidywalny i dynamiczny, dostarcza nam tym większych emocji, im mniej się ich spodziewamy. I dlatego nie tylko „i tak warto żyć”, ale dla tego właśnie warto żyć. Cud życia nie rozegrał się tylko w momencie jego powstania, ale trwa w tych kolejnych, krótkich chwilach, które za każdym razem nie mają prawa się wydarzyć, a jednak są. Wybaczcie, ale nadal jestem na tym koncercie.

Tekst i zdjęcia Kuba Kolan