LENTO – dymy, firany i szaleńcy

Praski wieczór z muzyką alternatywną przeszedł do historii i choć głównie poszedłem zweryfikować swoje zachwyty nad studyjnym obliczem Merkabah, pozytywnie rozczarowałem się także pozostałymi uczestnikami tegoż rozrywkowego eventu.

Lento, Forma, Merkabah, Hydrozagadka, Warszawa, 17.10

Nie wyobrażam sobie takiego koncertu w innym klubie. Hydrozagadka to miejsce idealne na tego typu, alternatywne imprezy. Wiadomo, że frekwencja na nich nigdy nie będzie jakaś bombastyczna, jednak przytulność zagadkowego wnętrza, wzmocniona fajną kafejką (czy się mylę, czy działa dopiero od niedawna?), poprawia nastrój i człowiekowi nie chce się klubiszcza opuszczać. Troszkę znajomych się zjawiło, była też wiśniówka a za drzwiami zimny wieczór, sami rozumiecie…

Na początek może zespół, który był dla mnie lekką tajemnicą. Forma to trio, w którym uwagę zwraca Jakub Tolak,  znany z tego, że pojawia się na mniejszych i większych ekranach. Nie będę oceniał jakim jest aktorem, ale pałker z niego – co mnie zaskoczyło – przedni. Jeśli miałbym ocenić samą muzykę, mam problem – jest alternatywny rock, trochę klimatu, post rockowego łamania, szczypta nieinwazyjnej elektroniki, ale i wycieczki do krainy piosenki. Zespół promuje wydany w tym roku album (niestety, tylko w wersji cyfrowej…) a w Hydrozagadce przede wszystkim pokazał się jako twór niesamowicie sprawny technicznie. Momentami trochę za bardzo, bo czułem się jak na pokazie w szkole muzycznej. Perfekcja, precyzja i kilka całkiem fajnych kompozycji. Najbardziej podobały mi się te, w których zespół zapuszczał się w rejony math rocka, nieco mniej urokliwe były próby tworzenia utworów o większej sile komercyjnej, choć chyba nie tylko mnie nie przypadły do gustu, bo i sam zespół narzekał, że ich „przebój” nie trafił na listy radiowe. Mam nadzieję, że był to jedynie żart ze strony muzyków. Tak czy inaczej, grupa pokazała się z jak najlepszej strony. Troszkę podszlifować brzmienie, nieco więcej luzu i będzie dobrze. Pozostaję pod wrażeniem profesjonalizmu i życzę sukcesów. Aha – panie Jakubie – błagam, zrezygnuj Pan z używania podwójnej stopy – do waszej muzyki pasuje jak pięść do oka…

Merkabah. Szaleńcy. Autorzy jednej z lepszych płyt w tym roku. Maniakalni wielbiciele hałasu, szokujący nie tylko umiejętnościami ale wizjonerskim podejściem do muzyki. Chciałem sprawdzić, jak numery z płyty wypadają na żywca, co okazało się trudne, bo… zespół gra głównie kawałki z przygotowywanego… nowego materiału. Przed sceną zawieszona firana, skutecznie zasłaniająca muzyków, bynajmniej nie dlatego, że mają się czego wstydzić. Wyświetlane były na niej filmiki, które po kilku minutach, w połączeniu z dźwiękiem wprawiały w niezłą hipnozę. Zespół za firaną niby niemrawy, jednak wyciskający ze swoich instrumentów rzeczy przedziwne. Ci panowie jednego, równego taktu nie zagrali! Pałker powinien iść do psychiatry, saksofonista przestać zażywać halucynogeny a gitarzysta  nawrócić się. Na cokolwiek. Merkabah na żywo przypomina powóz zaprzężony w dwa konie, mknący rozwaloną i podziurawioną „katowicką”. Konie (czyli gitara i saksofon) rwą do przodu, zazwyczaj w różne strony i ciągną wóz (czyli sekcję), podskakujący na wybojach niezrozumiałych aranżacji. Transowy klimat, pijany Zorn kopulujący z dokonaniami twórców „Fooodd”, miejscami odrobina patosu SWANS a wszystko zagrane z taką lekkością, że poczułem strasznie bolesne ukłucie zazdrości. Nie mam pytań, na żywo zespół rozwala mózg.  Moja Adrenalina coś się grzebie z płytą, na szczęście jest Merkabah – poziom światowy. I byłby to koncert wieczoru gdyby nie…

Lento. Przyznam uczciwie, że pierwotnie nie miałem zamiaru zostawać na Włochach, nawet jeśli ktoś uzna to za herezję. Fakt, głównie chciałem zbadać wyżej opisanych kolegów. Lento gdzieś tam z tyłu głowy tkwili mi jako koledzy Ufomammut, w domu na półce stoi zakurzona płyta „Earthen” i tyle. Mam prawo wybierać sobie obiekty zainteresowania. Muzycy zaintrygowali mnie już tym, że zażyczyli sobie zgaszenia świateł w klubie. Na scenie pulpity z milionem efektów gitarowych, rozstawione we wszystkich miejscach malutkie światełka ledowe i potworne wręcz ilości dymu. Nie, to jednak trzeba zobaczyć. Zostałem. Zespół promuje nowe dzieło „Anxiety Despair Languish” i z tejże płyty rozpoczęli kawałkiem „Blackness”. Jeszcze spokój, jeszcze delikatnie, ale potem ruszyła potężna nawałnica. W zasadzie trudno nazywać muzykę Lento doom metalem. To raczej post doom z wyraźnym ukłonem w stronę motoryki Mastodon z okazjonalnymi przyspieszeniami. W pierwszym komentarzu – brzmienie. Nie wiem, jak to możliwe: grają polskie zespoły – jest ok., solidnie, mocno. Wchodzi zespół z Italii – pierdolnięcie urywające głowę, zupełnie inny wymiar. Z całym szacunkiem dla (moich) ulubieńców wieczoru, Lento brzmiało rewelacyjnie – głęboko, selektywnie i cholernie agresywnie. Niby instrumentalna luta, ale jak zaaranżowana. Ruch na scenie może nie największy, bo i pięciu muzyków nie miało za dużo miejsca, żeby szaleć, ale nie zmieniało to faktu, że w jakiż dziwny sposób wszystko ruszyło z miejsca. Zatopieni w dymach (nawet nie było jak zrobić sensownych fot…), zatopieni we własnym, dziwnym świecie wypruli całkiem sporo kawałków z nowej płyty – tytułowy, „A Necessary Leap”, „Blind Idiot God” czy „Underbelly”. „Earthen” reprezentowały „Hardons” i „Need”, był też – chyba – tytułowy numer z “Icon”. Słowem, przekrój, muzyczne szczytowanie i moc. Tak powinno się grać koncerty, żeby kupić sobie publiczność. Zespół kontaktował się z widzami tylko za pomocą swoich instrumentów, wyglądał bardzo, hmmm, „szwedzko” a brzmiał amerykańsko. Nic więcej mi nie trzeba.

Miły wieczór, nowe odkrycie i utwierdzenie w przekonaniu, że polska scena już dawno przestała odstawać od tego, co w świecie piszczy, ba, ma do zaoferowania coś całkiem oryginalnego. Teraz pozostaje tylko dopracować brzmienie.

Arek Lerch