LAIBACH – Zajączek zgasł

W czwartkowy wieczór wybieramy się do pobliskiego Malmo na koncert zespołu Laibach. Malmo znam dzięki panu Kubie, kierowcy busika z Kopenhagi na lotnisko. Często zajeżdżamy tam, żeby zabrać lub odstawić pasażerów. Malmo to taka mała Kopenhaga, tylko jeszcze głębiej poorana przez smutek – kamienice z czerwonej cegły tkwią w luźnym pierścieniu szarych i beżowych osiedli. W odróżnieniu od stolicy Danii, niewiele tutaj drzew, trawników i zapewne dlatego autobusy komunikacji miejskiej pomalowano na zielono.

10.04.2014, Malmo, klub Babel (fragment dziennika, udostępnionego przez Łukasza Orbitowskiego)

Koncert odbywa się w dawnym kościele. Przed wejściem stoi wielki ochroniarz z Bliskiego Wschodu a nad jego głową, na ścianie frontalnej wisi jeszcze większy krzyż. Mam nadzieję, że zachowano charakter wnętrza. Chciałbym zobaczyć Laibach siedząc w kościelnej ławie, ale do tego nie dojdzie. Wchodzimy przez wąskie gardło szatni, dalej znajduje się pomieszczenie barowe, niewielka sala koncertowa i dwupoziomowe podwyższenie, gdzie kiedyś, zapewne, znajdował się chór. Tam tez próbujemy się ulokować, przy samej barierce. Agata będzie robić zdjęcia.

Wizyta na stoisku z merchem kończy się niepowodzeniem. Chciałem kupić sobie koszulkę oraz dwie ulubione płyty, „Volk” i „Wat”. Krążki zostały wysprzedane, na stoisku nie przyjmują płatności kartą ani koron duńskich, co martwi mnie niespecjalnie, gdyż koszulki są brzydkie, a płyty mogę ściągnąć z Amazonu. Mam jednak inny kłopot. Wyobrażałem sobie, że wieczór spędzę w otoczeniu osobliwych przedstawicieli szwedzkiego undergroundu, na których natknąłem się wcześniej w Sztokholmie. Mam na myśli facetów z kilogramami kolczyków w twarzy, laski w gorsetach i pary poprzebierane za delfina z orką. Audytorium w przygniatającej większości składa się z brzuchatych facetów przed czterdziestką, pojawia się nawet kobieta w swetrze, obok mnie siwy, długowłosy pięćdziesięciolatek sączy czeskie piwko i rozmawia z niewiele młodszym kolegą. Laibach gra dla ludzi w średnim wieku, przez co czuję się staro.Laibach1

Zjawia się jednak paru dziwolągów. Przy pisuarach natykam się na nazistę jak spod igły, w brunatnej koszuli i spodniach na szelkach. Figlarny kosmyk ślizga mu się po czole, boki głowy są podgolone. Facet jest rudy jak główka zapałki. Zastanawiam się, co na ten temat mówią Ustawy Norymberskie, a mój wzrok przesuwa się na innego miłośnika estetyk faszystowskiej. Tez ma szelki, koszulę ale białą i farbowane włosy zaczesane do tyłu na żelu. Jego surowa, poważna twarz unosi się najwyżej sto pięćdziesiąt centymetrów nad ziemią. Miga mi też zacna Fräulein o okrągłym obliczu wiceprzewodniczącej bawarskiego Lebensbornu. Gdyby tę babeczkę zrzucić z odpowiedniej wysokości, po Kremlu pozostałby lej wśród gruzów. Grubasek w płaszczu do kolan i ruskiej czapie szuka sobie miejsca między normalsami. Para koło trzydziestki tańczy wolnego do muzyki poważnej płynącej z głośników. Krępy, napakowany punkowiec, w papie z mnóstwem kolców i ramionami wydzieranymi aż po dłonie dodaje przyjemny akcent retro. Wreszcie, zaczynają.

Koncert dzieli się na dwie części. Pierwszą wypełnia materiał z nowej płyty. „Spectrre” zagrano właściwie w całości. Druga następuje po krótkiej przerwie i zaskakuje doborem repertuaru. Szlagiery z okresu coverowego zastąpiono brudnym industrialem z początków działalności grupy i tanecznymi przebojami z „WAT”. Kto chciał „Life is life” albo „Final Countdown” ten się nie doczekał.Laibach2

Brzmienie jest znakomite, zwłaszcza nowe kawałki dostają kopa i mam wrażenie, że każdy trwa, dosłownie, trzydzieści sekund. Więcej tu dźwięków, żywa perkusja dodaje sił, wokalista w niezapomnianej czapce charczy do mikrofonu, a ja wyrażam myśl, że pod koniec koncertu powinien cisnąć ją w publiczność, tak jak garowi zwykli czynić ze swoimi pałeczkami. Ale Laibach to inny rodzaj przekazu, poczucie humoru osadza się w odmiennych rejonach – zagadania do publiczności lecą z maszyny, brudny, zimny głos cedzi „we are happy to be here” i tak dalej. Dwóch gościnnych muzyków, pulchny brodacz i długowłosa chudzina pasuje do wizerunku zespołu jak struś do marszu z pochodniami, ale uwaga publiczności koncentruje się raczej na panu w czapulce i uroczej wokalistce. Panna ma włosy na sztorc i niski, drapieżny głos nieco podobny do tego, którym operuje Lady Gaga w niektórych swoich kawałkach. Robi pół koncertu, drze się przez megafon i mam wrażenie, że zaraz ją rozerwie, choć przecież stoi za tym klawiszem i tylko łapką macha. W barze psuje się terminal. Piwo mamy za darmo. Gdy wychodzimy, ludzie gwiżdżą, podśpiewują.Laibach3

W drodze powrotnej Agata mówi, że wokalista jest chyba łagodnym, ciepłym człowiekiem, wbrew bezlitosnym dźwiękom i totalitarnemu wizerunkowi zespołu. Rzeczywiście, momentami wyglądało na to, że jest szczerze zaskoczony ciepłym przyjęciem. Nie wie co zrobić z życzliwością publiczności. Agata dodaje, że Lady Gaga bardzo chciałaby grać takie numery jak te ze „Spectre”, tylko nie potrafi. Wypowiadam swoją opinię. Laibach zajmuje się sztuką komentarza, ale mimo to (a może dzięki temu) od trzech dekad doskonale odnajduje się we współczesności. Mkniemy autostradę. W światło reflektorów wpada zając. Bach i po zwierzęciu. To nie my go zabiliśmy. Zabił go zespół z Lubljany.

Spisał Łukasz Orbitowski

Zdjęcia: Agata Kozłowska