LAIBACH – artyści ze szrotu…

Dla każdego zespołu, który liczy sobie już kilka dobrych latek starzeć się z godnością to piękna i chwalebna rzecz. Tylko jak to zrobić? Gdzie szukać własnej tożsamości pośród zmieniających się trendów, jak odnaleźć własny język, który będzie korespondował i z wiekiem, i z chlubnym dorobkiem? Trzeba być, mianowicie, artystami z prawdziwego zdarzenia. Jak zespół Laibach. Wybaczcie mi to po gimnazjalnemu nadęte wprowadzenie, ale mimo, że od gdańskiego koncertu Słoweńców minęło te parę dni, wciąż do końca nie ochłonąłem, a „Nova Akropola” jakoś nie chce opuścić szuflady odtwarzacza.

14.03.2011, Gdańsk, Centrum Stocznia Gdańska

Trasa „Laibach Revisited” zapowiadać miała nadchodzący album, który zawierać będzie na nowo zagrane wersje utworów z najwcześniejszego okresu działalności zespołu. Te właśnie wypełniły pierwszą cześć koncertu, począwszy od „Boji” po „Slovenska Zena”. Zgodzę się, że to najtańszy z możliwych chwytów, ale sami przyznajcie, że akurat Laibach, z całym swoim „utylitarnym” podejściem do materii sztuki, ma do tego prawo jak chyba żaden inny band. Z pierwowzorów pozostał niekiedy wyłącznie szkielet, co nie jest bynajmniej równoznaczne ze „zwęglonymi szczątkami”. To jasne, że odegrane po niemal 30 latach tamte industrialne ochłapy nie masakrują już dźwiękami rodem ze szrotu, walcowni i pola bitwy, Laibach umiejętnie przetransponował je na swój współczesny, dojrzały język. Podane w otoczce postindustrialnego, mrocznego elektro nie straciły na złowieszczym klimacie, a podparte rewelacyjnym wykonaniem (duet wokalny Fras – Spiler!) i plastycznymi wizualizacjami – nabrały nowych rumieńców. Po tej podróży w głęboką przeszłość płynnie, acz z kopyta ruszył przegląd „hitów”, min. „Tanz mit Laibach” (czyli słynne „ajnc-cwaj-draj-fir!”), „Alle Gegen Alle”, zwieńczony oczywiście „God is God” i – specjalnie dla Polaków zagranym – „hymnem” Słowenii z „Volk”. Mógłbym się tu czepić braku interakcji z publiką, ale po co? Słoweńcy nie grają rock’n’rolla (a jak grają to po swojemu…) i to skupienie na własnej muzyce wypadło w ich wydaniu naturalnie. Miało nie być pompatycznie, ale nie potrafię – Laibach to grupa artystów prawdziwych, autentycznych w tym, co robią i mimo, że nie najmłodszych, to wciąż operujących ostrym, jadowitym językiem, tak w muzyce, jak i tekstach. A przy tym potrafiących sprzedać swoją muzykę na scenie, z pomocą minimalnej ilości środków i maksymalnej ekspresji.

Żeby nie było zbyt fiołkowo, publikę potraktowano, tradycyjnym dla większości trójmiejskich koncertów, opóźnieniem. Nie wnikam w to, czy wina leży po stronie organizatora czy „gwiazd”, bo nie o to tu chodzi, ale półtoragodzinna obsuwa w stosunku do anonsowanej pory rozpoczęcia to gruba przesada. Sam wybór miejsca postawił pod znakiem zapytania jakość dźwięku na koncercie. CSG zdążyła już obrosnąć nienajlepszą sławą z tego powodu, na szczęście brzmienie było praktycznie bez zarzutu – jak widać, chcieć to móc, brawo! Oby to był krok we właściwym kierunku. Fabryczny klimat wnętrza przysłużył się budowaniu klimatu na tyle, że na ten wielki słup parę metrów na wprost od sceny przymykam oko, trudno zmrużyć choć jedno kiedy takie monstrum zasłania widok. Podobno parę lat temu w Gdyni Laibach zagrał lepiej, o czym naocznie nie mogłem się przekonać, ale przynajmniej teraz z czystym sumieniem biję pokłony, a w przerwach zmieniam „Opus Dei” na „WAT”.

Bartosz Cieślak