KURWS, POMELO TAXI – energia pod ziemią

Już drugi raz w tym roku dane mi było oglądać Kurws na deskach gdyńskiej „Desdemony”. No, z tymi deskami może się trochę zagalopowałem, bo scena w tym sympatycznym klubie to po prostu wydzielony kawałek podłogi w jego podziemnej części, która przypomina bardziej salę prób niż typową miejscówkę koncertową. To wszystko ma jednak swój urok i tak po prawdzie to „Desdemona” jest jednym z moich ulubionych miejsc w moim rodzinnym mieście jeśli chodzi o koncerty. Do tego jest jednym z najbardziej aktywnych klubów pod względem ich ilości, za co na pewno należą im się brawa. Tym bardziej, że ilość ta idzie zazwyczaj w parze z jakością. 

25.10.12, Gdynia, klub „Desdemona”

Jako rozgrzewacz wystąpił tym razem nieznany mi bliżej lokalny Pomelo Taxi, składający się z dość młodej (nawet jak na Desdemonowe standardy) wokalistki i dwóch nieco (acz bez przesady) starszych od niej panów, z których jeden obsługiwał bas, a drugi pukał w bębny i od czasu do czasu podśpiewywał. Z początku zabrzmiało to dość niemrawo, ale po kilku utworach pojawiła się energia i ich garażowo-alternatywne granie z delikatnymi wpływami nowej fali zyskało sobie przychylność sporej części publiczności. Słychać, że Pomelo Taxi jest jeszcze na wczesnym etapie swojego rozwoju, ale zagrali na tyle fajnie, że nie muszę się zastanawiać jak tu w miarę dyplomatycznie napisać, że było do dupy, bo nie było.

Kurws od kwietnia zdążyło rozrosnąć się z trio do kwintetu i zgubić (chyba) przedrostek „the”. No cóż, zmiany są konieczne, bo jeśli nic się nie zmieni, to wiadomo co nadejdzie… I zmiany te wyszły chyba Kurwsom na dobre. Napisałem „chyba”, bo poprzedni ich koncert bardzo mi się podobał, więc trudno mi oceniać czy tym razem było lepiej czy gorzej. Trochę inaczej może, ale wciąż bardzo dobrze, żeby nie powiedzieć zabójczo. Świetny, pełen energii koncert, pokazujący jak dużo można zdziałać przy odrobinie chęci i wyobraźni (i pewnie wielu miesiącach wytężonej pracy w sali prób). Bardzo fajnym okazał się pomysł z wzbogaceniem muzyki o partie saksofonu, który być może jest w takiej stylistyce tylko minimalnie mniej banalnym instrumentem niż bas czy gitara, ale jednak odpowiednio wykorzystany zawsze staje się tą przysłowiową kropka nad „i”. Muzyka instrumentalna nie zawsze potrafi porwać, ale akurat Kurwsom udaje się to bez problemu i nawet kilkakrotnie miałem podczas ich występu skojarzenia z niedawnym koncertem Nomeansno w gdańskim „Parlamencie”, co jest chyba niezłym komplementem. Niesamowite wrażenie robił perkusista wyciskający ile się da ze swojego mocno okrojonego zestawu, ale też właściwie i cała reszta zespołu, bo jak by nie było Kurws tworzą zwartą falę uderzeniową i nikt tu nikomu nie pozostaje dłużny. O ile płyta „Dziura w Getcie” jest kawałkiem naprawdę fajnej muzyki, o tyle prawdziwej mocy nabiera ona dopiero w wydaniu koncertowym, gdzie Kurws zdecydowanie bliżej jest do rangi zjawiska niż kolejnej sympatycznej ciekawostki.

Zresztą kto był i widział, ten wie. Ze swojej strony mam nadzieję, że za kolejnych kilka miesięcy będę mógł znowu uczestniczyć w koncercie tej ekipy, czego życzę również czytającym te słowa, a być może wciąż trwającym w nieświadomości fanom dobrej muzyki. Szukajcie, a znajdziecie. Być może nawet tuż za rogiem.

 

Michał Spryszak

Foto: Katarzyna Spryszak