KREATOR/MORBID ANGEL – miazga, śmierć, zniszczenie…

Ostatnimi czasy maniacy koncertowego szaleństwa nie mają na no narzekać. Nasz ukochany kraj przestał być białą plamą na mapach zagranicznych organizatorów i co raz częściej duże trasy mają jeden czy nawet dwa przystanki w Polsce. Właśnie jedno z takich wydarzeń mieliśmy szansę przeżyć w niedzielny wieczór w warszawskiej Progesji. Skład, który tego dnia zawitał do stolicy spokojnie wystarczyłby na obsadę niejednego, letniego festiwalu…

 

Fuelled by Fire, Nile, Morbid Angel, Kreator – Warszawa 2.12.2012r Klub Progresja.

Na początek dwa zdania o sprawach organizacyjnych. Koncert był wyprzedany do ostatniego miejsca i już przy samym wejściu do klubu trzeba było odstać swoje, wykazać się siłą przebicia oraz mocnymi łokciami. Moim zdaniem organizatorzy mogli trochę wcześniej otworzyć bramy bo duża część maniaków dostała się do klubu dopiero w czasie gdy na scenie produkował się Nile…

Drugą sprawą, którą będę poruszał chyba za każdym razem gdy nasz kraj odwiedzają zagraniczne gwiazdy są stoiska z merchem, które rzeczone gwiazdy przywożą. Ktoś chyba nie do końca był świadom tego, że zarabiamy jednak mniej niż reszta Europy. Efekt był taki, że mimo całkiem ciekawej choć skromnej oferty stoiska nie cieszyły się wielkim zainteresowaniem…

Fueled by Fire wyszli na scenę o ustalonej porze i całkiem udanie otworzyli ten szczególny wieczór. Publika jeszcze skromnie zgromadzona pod sceną żywo reagowała na sprawnie odegrany thrash jaki zaserwował ten młody, amerykański band. Tym co zwracało uwagę była autentyczna radość jaka wprost biła ze sceny. Dla takiego zespołu jak FbF trasa u boku Kreator i Morbid Angel to nic innego jak spełnienie marzeń i duży zaszczyt. Zagrali z pazurem i polotem, bez tremy i sztucznej pozy i mimo tego, że skazani na pożarcie, rolę otwieracza wypełnili bardzo dobrze a publika nagrodziła ich całkiem głośnym skandowaniem. Widocznie wśród ubranej w dżinsowe katany młodzieży było przynajmniej kilka osób, które przyszły po to, by zobaczyć młodych Kalifornijczyków w akcji.

Nile. Krótkie oczekiwanie i na scenie pojawia się zespół, na który chyba najbardziej tego wieczoru czekałem. Mistrzowie „egipskiego” death metalu rozpoczęli z rozmachem i mocą. Masywna ściana dźwięku, selektywność i doskonałe growle na trzy głosy wgniotły publikę w ziemię. Pierwszy kawałek, dwa słowa powitania i lecimy dalej; niemal namacalne jest to, że death metalowa machina Nile rozkręca się z minuty na minutę. Muzycy początkowo statyczni pozwalają sobie na więcej ruchu. Nawet Sanders zaczyna machać banią i nagle… pstryk! Na scenie gaśnie światło i zapada absolutna cisza. Dobre kilkanaście minut nie wiemy, co się stało by w końcu usłyszeć, że „prąd się nam rozjebał”… spokojnie, koncert będzie…”. Mija jeszcze dłuższa chwila i przywoływany przez głośno skandującą publikę Nile wraca na deski. Niestety, wraca już jakby inny zespół. Mam wrażenie, że przymusowa przerwa wybiła ich z rytmu. Trochę wyglądało to tak jakby wrócili jedynie z obowiązku. Owszem, odegrali swój set perfekcyjnie, ale brakowało w tym mocy i magii, która zaczęła się materializować w Progresji na początku występu. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości znowu odwiedzą nasz kraj i wtedy będziemy zbierać zęby z podłogi…

Morbid Angel. Czy muszę w tym miejscu dużo mówić? Wyszli na scenę rozluźnieni, uśmiechnięci (Vincent) i po prostu przyjebali z mocą, o której inne zespoły mogą tylko marzyć. Set zdominowały klasyczne kawałki a utwory z ostatniej płyty nawet jeśli były to uleciały gdzieś w ferworze walki… Nie przytoczę kolejności, nie zdam Wam tu relacji z tego kto w którym utworze pomylił dwie nuty. To był perfekcyjny, death metalowy koncert, genialny set wielkich muzyków. Vincent szalał za mikrofonem strojąc co chwila opętane miny i żartując z publiką podczas krótkich przerw pomiędzy utworami. Trey tradycyjnie schowany pod ciągle bujną czupryną wyczyniał istne cuda a gdy na zakończenie bodajże „Existo Vulgore” uraczył nas totalną, kosmiczną solówką nie było co zbierać.

Obawiałem się trochę formy koncertowej Morbid Angel, okazało się, jednak że zespół ten jest jak wino – im starszy tym lepszy. Doświadczeni muzycy zwyczajnie bawią się sceną i to było widać. Perfekcja w każdym calu a jednocześnie całkiem sporo death metalowego żywiołu. Gdy zeszli ze sceny chyba nikt nie mógł uwierzyć, że to już koniec. Na szczęście nie kazali długo na siebie czekać i wrócili by dobić tych którzy jeszcze wykazywali oznaki życia. Zakończyli genialnym „God of…”. Miazga. Śmierć. Zniszczenie…

Kreator. Przyznam, że dla mnie to nie Kreator był gwiazdą tego wieczoru i obserwując publikę można też było odnieść podobne wrażenie. Choć może się mylę i pod sceną nastąpiła tylko mała zamiana…

Występ Kreator rozpoczął się od wyświetlenia animacji dokumentującej historię zespołu wspomaganej dźwiękami „Personal Jesus”. Świetne wprowadzenie i małe zaskoczenie tym jak zmieniła się scena klubu. Kreator przygotował scenografię opartą na layoucie „Phantom Antichrist”, która doskonale uzupełniała i potęgowała moc wrażeń, które dawała sama muzyka. Już pierwsze takty pokazały, że ten wieczór skończy się rewelacyjnie… Dawno już nie widziałem by od gwiazd tego formatu co Kreator czy Morbid Angel biła taka radość grania. Najwyraźniej muzykom udzielała się panująca w Progresji atmosfera i odpowiadali zaangażowaniem na żywiołowe i bezkompromisowe reakcje publiki. Kreator jak to Kreator. Thrash’owa ekstraklasa i Mille szalejący na scenie niczym nastolatek. Reszta muzyków pozostawała w cieniu lidera, ale mając za mikrofonem takiego demona jak Petrozza wiele robić nie trzeba. Już jeden z pierwszych kawałków, przebojowy „Enemy of God” sprawił, że w publikę wstąpiła jakby nowa siła i barierki po raz kolejny były mocno zagrożone… Mimo, że nie jestem wielkim fanem twórczości Kreator pozostaję zdecydowanie pod wrażeniem koncertowego oblicza zespołu. Prawdę mówiąc zniszczyli mnie równie mocno co Morbid Angel. Energia, doskonały kontakt z publiką i totalna metalowa moc tak w telegraficznym skrócie podsumować można występ klasyków europejskiego thrashu.

Giganci metalu potwierdzili, że nadal zasługują na to miano. Bez dwóch zdań był to jeden z lepszych koncertów w jakich miałem okazję i przyjemność uczestniczyć. Oby więcej takich imprez…

Wiesław Czajkowski

Zdjęcia koncertowe Zuzanna Diabelstwo Gregorczuk (Portal Metalownia)