KING DIAMOND – soundtrack do ekstazy

Nie wiem, który idiota wymyślił powiedzenie „Nadzieja matką głupich”. Zdecydowanie wolę patetyczne „nadzieja umiera ostatnia”. Gdy w 2010 roku wielu realistów zastanawiało się czy szanowny Kim Bendix Petersen w ogóle będzie żył, naiwni „głupcy” próbowali przekonywać siebie, że uda im się przed własną śmiercią zobaczyć go jeszcze na wózku inwalidzkim… w scenerii koncertowej. W tamtym czasie odpychałem od siebie te myśli, nie mogąc sobie wybaczyć, że szansa zobaczenia Kinga Diamonda w wersji live przepadła bezpowrotnie.  Na wieść o wznowieniu aktywności koncertowej zespołu i jego planowanym występie w Warszawie postawiłem sobie ultimatum: „teraz albom niegodzien rysowania odwróconych krzyży na urzędniczych biurkach”.

KING DIAMOND – Warszawa, Hala Sportowa „Koło”, 29 maja 2013 roku

Mistrz z autorem

Mistrz z autorem

Dla porządku wyjaśnię, że King Diamond to dla mnie artysta najważniejszy. Parafrazując tekst utworu „Church of Saint Anne” Mercyful Fate, „Podbiegłem do ołtarza, a tam zawsze był King”. Wydawać by się zatem mogło, że obecność na jego koncercie będzie dla mnie pod względem artystycznym i fanowskim wydarzeniem roku. Ba, Przed koncertemdekady! Jak życie pokazało, nie była nawet wydarzeniem dnia. Dzięki mocy sprawczej Piotra Kaczkowskiego z radiowej „Trójki” i Metal Mind Productions uzyskałem możliwość spotkania się z jego ekscelencją Kingiem Diamondem przy kawie na kilka godzin przed koncertem. Żeby nie zamęczać Was szczegółami, które już dziś pielęgnuję w sercu niczym więzień swój ostatni „raz” na wolności, napiszę jedynie, że na spotkaniu w Hard Rock Cafe obecny był cały zespół (wraz z Jodie Cachia i Livia Zeta). Poza wystrzeleniem w zespół serii komplementów, padnięciem do królewskich nóżek i zapewnieniu o dozgonnej miłości, zadałem mistrzowi kilka pytań (uprzednio ustalona/ narzucona konwencja spotkania nie przewidywała formuły wywiadu prasowego) m.in. o związku jego muzyki z życiem w kontekście jego późniejszych zmagań z chorobą (profetyczne słowa w „Shapes of Black”) czy najbliższych planach wydawniczych.

King sprawiał wrażenie wypoczętego, zadowolonego z życia gościa, dla którego rozmowa z fanami nie stanowi nieprzyjemnego obowiązku. Odpowiadał długo, wyczerpująco. Zapewnił, że czuje się świetnie, a jego głos jest lepszy niż kiedykolwiek. Za oczywistość uznał nagranie albumu w najbliższej przyszłości (ma już kilka wątków, nad którymi może pracować). Więcej szczegółów wyciągnąłem od ciągle uśmiechniętego Hala Patino, który wskazał na sierpień jako początek przymiarek do nowego albumu i na stojące za mną sympatyczne emo-coś, które okazało się być jego synem (Jackie Patino). Za komplementy na temat gry Mike’a Wead’a na albumie Mercyful Fate „Dead Again” dostałem kostkę z jego autografem, a moja koszulka (Ephel Duath) dostała komplement od Matta Thompsona paradującego w t-shircie Gwar. Na koniec przepisowe autografy i foto, co by ludziska uwierzyli a violensowcy zazdrościli. Po zakończeniu spotkania wizja przyszłego koncertu wydawała mi się nader, no cóż – pospolita.

 soundtrack do ekstazy

soundtrack do ekstazy

Hala Sportowa „Koło”. Koszulki i głębokość zakol czołowych wskazywały na brak wśród publiki osób przypadkowych. Po godzinie 20 czarna kurtyna opadła, odsłaniając pokaźnych rozmiarów scenę z katedralną loggią, odwróconymi krzyżami po bokach i obowiązkowym pentagramem na środku. Na grę wstępną zespół wybrał wstęp do „The Candle”, przy którym publika, niczym wieśniacy dybiący na życie tworu dr Frankensteina, powtarzając żarliwe „So burn, burn, burn”, pozostawali jakby niepewni czy potwór odpowiednio pokąsa ich w wysokich partiach wokalnych czy tylko jamnikowym zwyczajem wkurwi wszystkich nieszkodliwym ujadaniem. W mojej ocenie nie dało się specjalnie odczuć, aby King miał jakikolwiek problem z właściwym wydobyciem falsetu. Partie wokalne brzmiały mocno, choć według mnie mogły być wysunięte bardziej na pierwszy plan – brakowało mi nieco tego charakterystycznego, przeszywającego mózg ukłucia. Wokalnie mistrza wspomagała Livia Zeta, choć nie potrafię powiedzieć w jakim stopniu to co wydobywało się z głośników było także jej zasługą.

KJeżeli uwielbiam „The Candle”, to jak mogę opisać swój emocjonalny stosunek do „Welcome Home”? Utwór, który zawiera najlepszy bridge w historii muzyki rozrywkowej XX wieku („Missy and Mother, they are dying to meet you…”) i jego wizualna oprawa (Jodie na wózku i „życzliwy” King) stanowiły idealny soundtrack do mojej ekstazy. Z innych utworów o właściwościach lewitogennych zaserwowano absolutnie genialne „At the Graves” i najpiękniejsze pod księżycem „Sleepless Nights”, po któKingrym mój licznik szczęścia rozstroił się, gubiąc się w tym co jest lepsze, lepsiejsze, bardziej lepsze i najlepsiejsze. Podczas koncertu King przechadzał się po scenie, swoim zwyczajem grając na kościanym statywie partie gitarowe, unosił w górę kciuk, dziękował za aplauz. Moje emocje opadły nieco za sprawą utworu „Voodoo” (na płycie jest z pięć lepszych tytułów), gdzie King pokazując na magiczny totem, krzyczał „Do you know what that means?!” (przedtem publiczność zaśpiewała Królowi „Sto lat”), i przytulańcu ze szpadlem w „Up From The Grave”, choć oddać muszę, że King wypKDadł tu iście maniakalnie. Przyjemne zaskoczenie to kawał agresji przy „Dreams” z niedocenianej „Spider’s Lullabye” i problemy z koordynacją ruchową publiki przy skakaniu do łamanego rytmu „Eye of the Witch”. Ostatni repertuar reprezentował „Shapes of Black”, przy którym spodobała mi się pierwsza myśl, że zespół wybrał ten właśnie utwór powodowany moim popołudniowym pytaniem o tekst „Is the darkness the only way for the other side to enter our lifes?”. Po chwili zadumy nad własną próżnością (a może było to wcześniej) gruchnęło „Come to the Sabbath” i wszystkim urosły demonie skrzydła. King bezbłędny, jęzor na brodzie, Andy i Mike bezlitośni, tylko Livia jakaś taka „bezmiotłowa”. Ducha Mercyful Fate wywołaliśmy jeszcze na bis i był bardzo, bardzo zły („Evil”). Liczyłem jeszcze wprawdzie po cichu na „House of God” czy „Dangerous Meeting”, ale wtedy całe to szczęście skumulowałoby się w jednym miejscu i świat rozpadłby się niechybnie na kawałki.

Na in minus poczytywałbym jakby lekko stępione i płaskie brzmienie zespołu. Wyobrażałem sobie, że sound będzie ucinał członki i miażdżył głowy, a tu potraktowano publiczność zbyt miłościwie. Trudno powiedzieć czy zespół świadomie ustawił sobie takie brzmienie, czy też wybór lokalizacji koncertu pod względem akustyki nie był do końca trafiony. Nic to jednak wobec emocji, w których ogrom i siłę do tej pory nie wierzyłem. Ludzie…to była szalona noc. I dzień.

Tekst i zdjęcia: Kuba Kolan