KATATONIA – Same hity

Może nie powinienem, ale pozwolę sobie zacząć apostrofą (zresztą, co mi Pan/Pani zrobi?): nie uważacie, Czytelnicy, że dobieranie na support kapel prezentujących zupełnie inne podejście do muzyki szeroko pojmowanej jest zjawiskiem o tyle interesującym, co ryzykownym i – momentami – opłakanym w skutkach? To zagadnienie nie dawało mi spokojnie padać w objęcia Morfeusza co drugą noc, bowiem kapele wspierające Katatonię na trasie „Fallen Hearts of Europe” wydają się być – delikatnie ujmując – średnio pasujące do tego, co prezentuje sobą gwiazda wieczoru. Ale nic to. Na pewno Vola i Agent Fresco (bo o tych przyjemniaczkach mowa) wygrały nieomal loteryjny los, ponieważ już podczas ich występu na klubowej sali można było ujrzeć koło setki widzów. Nieźle, jak na żółtodziobów.

Katatonia, Agent Fresco, Vola, B90, Gdańsk, 04.10.2016r.

A pierwszymi na przetestowanie narządów słuchowych słuchaczy byli sympatyczni Duńczycy z Vola. Sympatyczni tak samo, jak ich muzyka. Djent roszczący sobie prawo do irytujących progresywnych pretensji, wytaplany w morzu elektroniczno-klawiszowej kakofonii oraz wyjątkowo nachalnej melodyki, tak charakterystycznej przecież dla „świeżych” odmian metalu. Mimo tego nie byłem specjalnie sceptycznie nastawiony. „Inmazes” tej czwórki jest płytą niezłą i na pewno wypełnioną zabiegami ciekawszymi od tych, przy których to fani Periphery doznają ekstatycznej radości. Problem leży jednak w monotonii Vola. W czasie ich półgodzinnego show ciężko było rozpoznać, kiedy zaczynają grać kolejny kawałek. Niestety, pozorna potęga 8-strunowych gitar i basu zestrojonego niżej od samego piekła nie zatarły wrażenia nudy. A tę nudę skutecznie podsycał wokalista/gitarzysta grupy dysponujący niezwykle irytującą, naiwną wręcz, barwą głosu. Sztuka poprawna, może innym razem.

Następni scenę próbowali zawojować islandzcy hipsterzy formujący zespół pod nazwą Agent Fresco. I tutaj miałem już poważne obawy. Czego to oni nie grają! Art-metal, post-rock, djent, pop, progresywny ambient. Chyba każdy – zdrowy na umyśle – homo sapiens dostrzeże coś niepokojącego. I było niepokojąco. Autystycznie nawet, bo mam takie wrażenie, że oni sobie sobie grają wszystko, co akurat do głowy im wpadnie. Nie odnajdywałem się w tej chaotycznie niespójnej kaskadzie dziwnych dźwięków. Od pseudo-jazzowych wtrętów, do zagrywek godnych bycia parodią Konkursu Chopinowskie, skończywszy zaś na sporadycznych (ale jakże bolesnych…) próbach przekucia deathcore’owej „furii” w muzykę progresywną. A stojący za sitkiem koleżka najprawdopodobniej testował wytrzymałość i cierpliwość zebranych w klubie. Jego przeciągłe piski, nieznośny falset i próby osiągnięcia death metalowej ekspresji spełzły na niczym, a niżej podpisany i towarzysze niedoli jedynie modlili się o jak najszybsze zakończenie tej farsy.katatonia

21:20. W końcu! Na deski sceniczne weszła piątka wyjątkowo wesołych i wyluzowanych ludzi. Tak, to Katatonia! Złe wrażenie po supportach zostało zatarte już po pierwszych taktach przebojowego „Last Song Before the Fade” z ostatniego krążka. Horda osób zebrana w B90 w końcu ożyła, a narowisty headbaging idealnie pasował do setlisty. A ta usłana była samymi hiciorami. Począwszy od chwytliwego „Deliberation” oraz enigmatycznych „Evidence” i „Criminals”. Równie dobrze spisały się i nowsze piosenki. Ciężko było uświadczyć nieruchawych fanów przy wciągającym „Dead Letters”. Co druga bywalczyni stała się chwilową posiadaczkąk2 przeszklonych oczu w momencie rozbrzmiewania dźwięków „The Racing Heart”. Zaskoczył bardzo entuzjastyczny odbiór promującego ostatnie wydawnictwo „Old Heart Falls”. Jednak wszyscy wiemy, że starocie > reszta. Dobitnie tego dowiodły chóralnie odśpiewane „For My Demons” i legendarne już „Teargas”. A jak sama forma zespołu? Wyborna. Perfekcyjne nagłośnienie, bezbłędnie odegrana każda nutka i dynamiczne podejście do utworów w materii gry na żywo. Cieszył również dobry humor Jonasa Renksego. Może nie jest to frontman na miarę Mike’a Pattona lub Axla Rose’a, aczkolwiek spisał się wyjątkowo udanie. Liczne podziękowania i umizgi w  stronę fanów („What day do we have today? Tuesday? Nevermind! It’s like Saturday in Gdańsk.” albo: „I can’t believe that I’ve never been to such a beautiful city.”) tylko zadały kłam teoriom, jakoby był on „płaczliwą parówą”.

Sztuka udana. Opłacało się tłuc miliard godzin do perły w trójmiejskiej koronie, czyli Gdańska. Mam jedynie szczerą nadzieję, że Szwedzi już nigdy więcej nie dobiorą sobie tak nietrafionych rozgrzewaczy.

Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: Janek Fronczak (koncert w Warszawie)