JUCIFER – ubić szczura kluczem do opon

Czym różni się jeden koncert Jucifer od drugiego, i co ja właściwie napiszę, czego nie napisałem rok temu w relacji z ich występu w Gdańsku? Chyba nie będzie tak źle, chociaż występ w gdyńskiej „Desdemonie” co najmniej dorównał mocą tamtemu, o ile nie… Tak, było czego posłuchać, ale to akurat dość oczywiste. Grunt, że było na co popatrzeć.

14.05.2012, Gdynia, klub „Desdemona”

Ubić szczura kluczem do opon

Ubić szczura kluczem do opon

Pozwolę sobie na małą autoprzeklejkę – tak, Jucifer to wciąż jeden z najlepszych koncertowo i najbardziej masakrujących dźwiękiem zespołów z szeroko pojętego kartonu z napisem „sludge”. Na żywo nie ogrywają obecnych na płytach rockowych piosenek, skupiając się na gotowaniu monolitycznej ściany dronów i riffów na granicy bólu. Jestem i pozostanę totalnym fanem ich metody twórczej, która zakłada ekspresję podkręconą jak wzmacniacze Nigela Tufnela i obrócenie w zalety to, z czego inne kapele próbują się wyleczyć. Prawdziwym bohaterem koncertu był dla mnie Edgar Livengood i jego oszałamiająca technika gry na bębnach, przy której spąsowiałby Mike Portnoy. Wydawało się, że wiekowy i nieco podupadły zestaw perkusyjny (kocioł podtrzymywany pałką wetkniętą w obręcz centralki, yeah!) nie przeżyje tortur, które serwuje mu Edgar, dosłownie grzmocąc weń jakby chciał ubić szczura kluczem do opon. Pałki łamały się i fruwały dookoła, statyw od ride’a wymagał kilkakrotnego dokręcenia, piwo się lało (nie tylko doustnie, ale i na włosy, przez czapkę, bo tak najzdrowiej), a Edgar świecił mimiką, jakby zamiast krwi miał wasabi. Takie radosne detale nie muszą brzmieć interesująco, natomiast powinny oddać nastrój wesołych oparów absurdu panujący w desdemonowej piwnicy. Rzygać mi się chce od patrzenia na metalowych perkusistów obstawionych ścianą bębnów i grających ze szczękościskiem, byle się tylko nie pomylić – widok gościa, który sypie się na nielicznych przejściach, ale za to gra całym sobą był jak ożywczy sztach z kontenera na używaną odzież. Edgar może być cienkim pałkerem, ale oglądanie go i słuchanie tego chorego napieprzania to czysta rozkosz. Otwarcie razem Richardem Hoakiem szkoły gry na perkusji powinno być tylko kwestią czasu.

Trudno powiedzieć, czy ten koncert był lepszy od ubiegłorocznego… Chyba tak, bo w uszach przez trzy dni nie dzwoniło, choć sufit i tak trząsł się srogo. Co do frekwencji, tym razem Jucifer przyciągnął jakieś trzy razy więcej ludzi niż w ubiegłym roku (gdy na sali bujało się około dwudziestu smutnych majówkowych niedobitków), co przy marnej promocji było wynikiem całkiem solidnym. Czy prawem serii odwiedzą Trójmiasto za rok, się zobaczy, ja bym się nie obraził. Mogę się nawet dorzucić do zakupu rękawiczek antypoślizgowych, bo następnym razem ktoś może dostać edgarową pałką w oko (no pun intended) i nieszczęście gotowe.

Tekst: Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Agnieszka Janczyk