JUCIFER, THE ORANGE MAN THEORY – riffowy lewiatan…

Na tegoroczny Asymmetry Festival nie dotarłem, pozostała mi więc mała, lokalna namiastka tego wydarzenia w postaci koncertu Jucifer i The Orange Man Theory, którzy nawiedzili 2 maja gdański klub „Mechanik”. Dalibóg bym zrozumiał kiedyś co pcha ludzi na drugi koniec świata, żeby zagrać dla kilkunastu, nawet najwierniejszych, fanów, i topić resztkę zaskórniaków w wycieczki po absurdalnych krajach. A co dopiero uczynić z tego styl życia… Z radością przyjmuję więc fakt, że nie wszyscy podzielają moją hierarchię wartości, bo chociaż szkoda czasu na siedzenie poza domem, to lepszy taki pretekst żeby wyjść z nory niż jakiś tam bezproduktywny spacer.

2.05.2011, Gdańsk, klub „Mechanik”

Włoski The Orange Man Theory to jeden z niezliczonej gromady zespołów nagrywających przyzwoite płyty, ale dużo lepiej odnajdujących się na scenie. Ich energiczny hardcore/punk z wyraźnymi sludge’owymi i grindcore’owymi akcentami rewelacyjnie sprawdził się w małej, acz porządnie nagłośnionej mechanikowej salce (pierwszy raz zdarzyło mi się widzieć gitarzystę pytającego publiczność czy nie za głośno jest, ech ci makaroniarze, ha!). Może i jest takich zespołów na kopy, ale niechby każdy umilał mi koncertem jeden wieczór w miesiącu, a zapomniałbym o lokalnych spędach metalowych, zionących nudą i żenadą. Żywiołowy (jak już się rozkręcił…) frontman, pogonośne riffy, skoczne rytmy i czujna, gęsta gra basisty – nic więcej nie potrzeba na porządny otwieracz wieczoru. Na ile zdążyłem się zorientować, Orange Man Theory odegrali bodaj całą swoją ostatnią płytę o wszystko mówiącym tytule „Satan Told Me I’m Right” plus coś z debiutu, co i tak nie wyróżniało się szczególnie. Pohałasowali, wszystkim trzydziestu widzom się podobało, zespołowi takoż, więc można było z bananem na paszczy udać się do baru po kolejne piwo.

Niejeden fragment znakomitej „L’Autrichienne” ujawnia ciągoty i talenty państwa Juciferów do komponowania zgrabnych, rockowych kawałków, ich koncert jednak to inna kategoria wagowa i inna jakość. Nawet uważna lektura najnowszego materiału duetu, „Throned In Blood”, który szpetny jest i mocarny, nie przygotowała mnie w pełni na to, co zobaczyłem i usłyszałem. Występ Jucifer to ekstrema pociągnięta do absurdu i ekspresja tak skrajna, że za nią jest już tylko kuriozum. Amber Valentine, wijąc się jak jaszczurka generuje z gitary serię miażdżących, powolnych riffów i sprzęgów, wokale (i mikrofon…) dzieląc z mężem, który zgrabnie wchodzi w buty Chrisa Reiferta i Phila Collinsa – choć w odróżnieniu od nich być może więcej razy podskakiwał na krzesełku i obrócił pałki w palcach niż uderzył nimi w werbel… Byle głośniej, byle brudniej, i zupełnie bez żadnych kompleksów. Brzmi to być może jak wizja sludge’owej wersji Spinal Tap lub co najwyżej idealne narzędzie do straszenia znajomych fanek White Stripes, ale w tym szaleństwie jest metoda. Natężenie hałasu przepędziło z sali mniej odporne jednostki, reszcie pozwalając delektować się riffowym lewiatanem i na dobrą godzinę wprowadzając w trans na granicy przyjemności i bólu (uszu, w sensie dosłownym).

Można widzieć w Jucifer kolejne dziwadło z Relapse Records, można żartować sobie jak wyglądałoby spotkanie na babskie ploty Amber Valentine i Katherine Katz z Salome, nie sposób jednak zaprzeczyć, że ich koncert to nieliche doświadczenie, nie tylko dla terminujących laryngologów. Sam wyniosłem z niego nie tylko promile we krwi i dzwonienie w lewym uchu, ale i poczucie, że dziadek rock’n’roll, choć zachowuje się czasem dziwnie, to demencja go jeszcze nie chwyta.

Słuchał Bartosz Cieślak

Fotografowała Agnieszka Janczyk