INNERCITY ENSEMBLE – Kameralne misterium

Przed piątkowym koncertem Innercity Ensemble pełen byłem ciekawości. Nigdy wcześniej nie widziałem żadnego z ziołkowych projektów na żywo i nie wiedziałem, czego się spodziewać. Słyszałem, że na koncerty Starej Rzeki ludzie wcale nie walą drzwiami i oknami, co – jeżeli faktycznie tak jest – trochę mnie dziwi, bo hajp na tę muzykę wydawał mi się spory. Innercity to przecież projekt znacznie mniej popularny, dlatego bałem się, że na sali będzie pusto… Cóż, pusto nie było, ale i tak frekwencja na kolana nie powaliła.

Innercity Ensemble, Poznań, Klub Dragon, 18.11.2016r.

Koncert odbywał się w niewielkiej sali, było przytulnie i kameralnie. Nie podjąłem się liczenia ile dokładnie osób przyszło, ale gdybym zechciał, zajęłoby to nie więcej niż pół minuty. Myślę, że występ oglądało ok. 50 osób. Frekwencja ani powalająca, ani tragiczna.
Innercity tworzy 7 osób, a każda z nich uzbrojona jest w przynajmniej jeden instrument, przez co na scenie było nieco ciasno. Muzycy nie byli w żaden sposób oddzieleni od widowni – nie byli usadowieni na żadnym podwyższeniu, ani odgrodzeni bramkami. Bardzo mi się to podobało i niewątpliwie pomagało jeszcze bardziej wczuć się w tę muzykę. No właśnie – to był największy atut tego koncertu: atmosfera. Zupełnie inaczej odbiera się tego typu twórczość w tak kameralnych warunkach, niż na dużej scenie, na dużej sali, podczas typowego występu. W Dragonie można było usiąść i chłonąć dźwięki. Brzmienie było bardzo selektywne – w większym pomieszczeniu mógłby pojawić się problem. W tym przypadku nie było się do czego przyczepić.innercity

Sama muzyka jaka jest, każdy słyszał. Zaprezentowano cały materiał z „III”. Jak już pisałem w recenzji, najważniejszy jest na tym krążku groove. Za wybijanie rytmu w Innercity odpowiedzialne są aż 4 osoby – nie dość, że jest transowo, to jeszcze naprawdę potężnie. Dobrze było usłyszeć te wszystkie kompozycje – szczególnie „IV”, mój ulubiony utwór na płycie – ale czułem pewien niedosyt. Mógł ten koncert jeszcze trochę potrwać, tylko nie bardzo wiem, jakby go przedłużyć. Dodawanie do seta kompozycji z poprzednich płyt wydaje mi się bez sensu, bo nie byłoby spójnie. Może zatem więcej improwizacji? Nie wiem, ale godzina to zdecydowanie za mało. W każdym razie – trasa się jeszcze nie skończyła. Jeżeli jesteście z Krakowa, Łowicza lub Bydgoszczy, nie zastanawiajcie się ani chwili.

Tekst i zdjęcie: Paweł Drabarek