INCANTATION – Młot śmierci

Majowa trasa Incantation jest jednym z najważniejszych wydarzeń ekstremalnej sceny 2011 roku. Sam fakt, że kapela przyjechała do Polski aż na osiem koncertów zasługuje na podkreślenie wagi tego przedsięwzięcia. Zespół Johna McEntee niewątpliwie należy do wąskiej grupy pionierów, którzy szarpią struny od ponad dwudziestu lat, będąc tym samym obok Morbid Angel, Suffocation czy Immolation, fundamentem i ikoną amerykańskiego death metalu.

Incantation, Christ Agony, Bloodthirst, Anthem – Poznań, U Bazyla, 6 maja 2011

Metalową chłostę w piątek U Bazyla rozpoczęły dwie lokalne ekipy. Anthem uderzyli brutalną death metalową wiązanką, a Bloodthirst sponiewierało szybkim, surowym, thrashującym i bezpośrednim atakiem. Spragnione krwi trio, poza sztandarowymi numerami z „Let Him Die” i „Sanctity Denied”, przedstawiło „Przeklnij życie” oraz „Ofiarę” – dwa premierowe kawałki z nadchodzącej nakładem Pagan Records epki, a na dodatek „Immortal Rites” wiadomo kogo.

Następnie na dechach zagościli weterani polskiego ciężkiego i mrocznego grania, czyli reaktywowane kilka lat temu Christ Agony. Charyzmatyczny Cezar i załoga zaprezentowali solidny, przekrojowy set, w którym coś dla siebie znalazł każdy fan zespołu. Poleciały fragmenty wszystkich ważnych płyt, jak „Unholyunion”, „Moonlight”, „Elysium”, czy „Condemnation”.

Godzinny występ Incantation przyniósł intensywne death metalowe mordobicie, po doświadczeniu którego, nie ma żadnych wątpliwości, że zespół należy do ścisłej czołówki muzycznej przemocy i bluźnierstwa. Śmiercionośny szwadron dowodzony przez Johna McEntee, który od kilku lat, poza byciem głównym gitarzystą, jest także wokalistą grupy, obił gęby kilkunastoma kompozycjami, począwszy od „Onward to Golgotha”, przez „Diabolical Conquest”, do „Blasphemy” i ostatniego długograja „Primordial Domination”.

Kyle Severn, człowiek o wyglądzie dobrodusznego demona, a jednocześnie sobowtór Chrisa Reiferta, dał prawdziwą lekcję katowania zestawu perkusyjnego. Zamienił go w taran, stworzony do miażdżenia chrześcijańskich zabobonów i dogmatów. McEntee wypluwał płuca, a ściana gitarowych riffów, którą produkował na spółkę z Alexem Bouksem, wypędziła zupełnie Boga z poznańskiego klubu.

Połamane i poprzeplatane zwierzęco szybkimi i wolnymi, pogrzebowymi partiami numery Incantation kapitalnie nadały się na rytualne tańce zgromadzonego motłochu. Niech sińce i opuchlizna będą dowodem na to, jak udany był to wieczór. Bezpośrednie obcowanie z muzyką twórców ponadczasowych eposów, jak „The Infernal Storm” czy „Upon the Throne of Apocalypse” to czysta, sadomasochistyczna przyjemność.

Słuchał, oglądał i fotografował Adam Drzewucki