IMMOLATION – chaos i emocje

Kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić, że koncert zespołu tej klasy co Immolation nie ściągnie do klubu pełnej sali spragnionych death metalowego ognia maniaków. Jednak smutna rzeczywistość ostatnich lat i coraz bardziej wybredni (?) młodsi fani to czynniki, które sprawiają, że sale koncertowe raczej nie pękają już w przysłowiowych szwach. A to środek tygodnia, a to bilety za drogie… przytoczyć można jeszcze wiele podobnych wymówek a efekt jest taki, że od dwóch, trzech lat odnoszę wrażenie, że na koncertach metalowych widuję ciągle tą samą grupę osób. Ok, koniec tych smutów. Immolation może i nie grało dla pełnej sali, ale przypieprzyło tak solidnym, death metalowym ogniem, że naprawdę nie było co zbierać.

Immolation, Broken Hope 20.02.2013r Warszawa, klub Progresja.

Właściwie to relację z tego koncertu powinienem rozpocząć od tego co działo się podczas występu Broken Hope, bowiem supporty jakie tego wieczoru miały za zadanie rozgrzać warszawską publikę nie leżały w kręgu moich zainteresowań. W klubie zameldowałem się jednak dość wcześnie i po krótkim rekonesansie na stoisku z merchem udało mi się zobaczyć drugi skład rozgrzewający, czyli francuski Sweetest Devilry. No cóż… Chciałbym napisać, że był to dobry występ lecz, niestety, już sam fakt, że zespół zabrzmiał po prostu fatalnie nie nastrajał pozytywnie do odbioru scenicznego szoł jaki prezentują młodzi Francuzi. Patrząc na to co działo się na scenie mogę powiedzieć jedno – jeszcze dużo wody upłynie w rzekach pomiędzy Wisłą a Sekwaną zanim band ten zaliczał się będzie do grona zespołów, które mogą liczyć na coś więcej niż niewdzięczną rolę otwieraczy. Eufobia nie widziałem więc się nie wypowiadam lecz z pewnego źródła udało mi się ustalić, że główną bolączką ich występu było również mocno słabujące brzmienie…Broken Headbanging

Kiepsko nagłośnienie pierwszych występów zasiało małe ziarno niepewności co do tego czy kolejne, bardziej doświadczone bandy również nie będą musiały zmagać się z oporną materią dźwięku co jest cholernie frustrujące i potrafi zepsuć koncert nawet najlepszym. Bądź co bądź klub dopiero co osiadł w nowym miejscu i mam takie wrażenie, że również publika musi się oswoić z akustyką nowej sali. Krótka przerwa upłynęła na kuluarowych rozmowach co pozwoliło niemal w mgnieniu oka przenieść się w czasie do koncertu Broken Hope.  Ich najnowszą płytę poznałem dopiero w dniu koncertu (mówiąc kolokwialnie, nie powaliła mnie) a poprzednie wydawnictwa znałem dośćBroken Hope pobieżnie, dlatego też nie wiedziałem czego tak naprawdę się po nich spodziewać na scenie. Broken Hope zaskoczył mnie bardzo in plus. Od samego początku tonącego w dymie i intensywnej grze świateł występu zespół wykazał się bardzo dużym zaangażowaniem w odgrywany set. Brutalny, techniczny death metal porwał część publiki do dzikiego tańca co jeszcze bardziej nakręcało zespół do tego by maksymalnie oddać się odgrywanej sztuce. Prym wiódł wokalista – rzucał się po scenie niczym opętany i od samego początku nawiązał świetny kontakt z publiką. W sumie nic w tym dziwnego bowiem nieczęsto się zdarza by wokal kapeli, która przyjechała do nas zza Oceanu wrzeszczał w kierunku zgromadzonych tak swojsko brzmiące słowa jak „napierdalać” czy „kurwa”. Broken Hope zaprezentował się lepiej niż dobrze, doskonale wprowadzając nas w odpowiedni nastrój przed występem gwiazdy wieczoru. Stare numery zabrzmiały wprost potężnie więc chcąc nie chcąc, muszę odświeżyć sobie dyskografię tej amerykańskiej ekipy. Koncert co najmniej udany.

ImmolationOczekiwanie na występ jednego z najważniejszych zespołów w historii death metalu upłynęło bardzo szybko. Bardzo miłym akcentem był fakt, że Ross jeszcze zanim w pełni zainstalowałSteve się na scenie znalazł się na parę chwil wśród fanów. Było przybijanie „piątki”, krótkie powitania i czas na parę fotek. Facet absolutnie nie stwarzał tak charakterystycznej dla niektórych, polskich zespołów bariery gwiazda – fan. Mam wielki szacunek dla tego zespołu lecz tym małym zdawałoby się gestem Ross sprawił, że w moich oczach zyskali jeszcze co najmniej kilka dodatkowych punktów. Światła zgasły, czas się zatrzymał, nadeszła chwila gdy bez nawet Robchwili potrzebnej na zgranie się czy złapanie odpowiedniego flow przypieprzył w nas rozpędzony czołg. Taaaaa… Immolation jeńców nie bierze, na scenie dają z siebie wszystko i od pierwszych sekund perfekcyjnie porwali zgromadzonych w inne miejsce. Pod sceną mały rozpierdol, na scenie energia, którą nie sposób przeoczyć. Jestem po cholernym wrażeniem, że można grać od tylu lat i cały czas czerpać z tego radość. Oglądać szalejącego ze swoją gitarą Vignę – bezcenne, chłonąć kolejne frazy jakie wypluwa z siebie Ross – warte każdych pieniędzy. Ross

Reszta zespołu oczywiście również dała z siebie maksimum, ale to wspomnianych dwóch zawodników odpowiada za to, że koncert Immolation można określić jako niesamowity. Przyznam, że nie jestem w stanie przytoczyć numerów jakie poleciały Billze sceny, ale też biorąc aktywny udział w tym co działo się pod sceną trudno było zapamiętać dokładną setlistę. Zresztą, jeśli chcecie, łatwo dotrzeć do zestawu numerów jakie Mistrzowie grają na trasie promującej Kingdom of Conspiracy. Ten koncert to totalne zderzenie chaosu i emocji. Mówiąc zupełnie szczerze, jeden z lepszych, death metalowych gigów w jakich miałem przyjemność uczestniczyć. Pasja i totalnie płynąca ze sceny ekspresja. Brutalność i precyzja. Immolation zagrało tak, że na czas koncertu wszystko przestało istnieć i fakt, że kryzysowa sytuacja osobista wyrwała mnie z klubu przed końcem gigu boli mnie jeszcze do dziś. To był wyjątkowy wieczór. Do zobaczenia kolejnym razem!!

Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: Tomasz Deroń