HELLOWEEN – pozytywne wydarzenie

Trzydzieści minut obsuwy, niska temperatura, piwo, jointy i wesołe miasteczko – takie atrakcje towarzyszyły sobotniemu koncertowi legendy niemieckiego metalu w miejscowości Havirov, oddalonej o raptem 20km od Cieszyna, mekki dla fanów sportów ekstremalnych i kontaktowych.

Helloween, Havirov, 07.09.2013r.

Scena na jakiej ten zespół zagrał była porównywalna do „maina” na Ursynaliach – czyli na oko, rozmiary były ogromne, a przypominam, że gig ten odbył się w ramach Dni Miasta – czyli jakby nie było, miejskiego festynu. Tutaj ukłon w stronę Czechów, gdyż niezależnie od tego jaki event organizują, nawet jeśli są to z pozoru błahe spędy, wszystko jest „cacy”.

Oczywiście, można narzekać na opóźnienie, ale na to nikt nie miał wpływu. Wydaje mi się, że ta rozwlekła przerwa była podyktowana kaprysem muzyków, niż warunkami technicznymi, ale w sumie co ja tam wiem. Swoją drogą, jeśli zespołowi Andiego Derisa zależało na dobrym dźwięku, to na moje oko mogli spokojnie odczekać dodatkowe trzydzieści minut, gdyby to miało wpłynąć na poprawę soundu. Akustyk, jak mniemam raczej firmowy niż kapelowy, spierdolił robotę dokumentnie i dopiero w połowie godzinnego koncertu, instrumenty „gadały” jak należy, czasem słusznie zagłuszając będącego w nienajlepszej dyspozycji Derisa.

Niemcom nie odmówię dobrego kontaktu z publicznością, znakomitej prezencji i werwy jaka innym prawie pięćdziesięciolatkom szalejącym na scenie towarzyszy raczej rzadko, no i materiału, który niezależnie czy jest to utwór sprzed prawie 30 lat czy nowość ze „Straight Out of Hell”, broni się jak trzeba. Kompozycyjnie ten band praktycznie zawsze pozostawiał inne w tyle, i dziwi mnie nagły spadek popularności tej grupy na rzecz np. Sabaton. Spośród wszystkich odegranych utworów, największy aplauz zyskały rzeczy nagrywane jeszcze z Kiske w składzie, a punktem kulminacyjnym okazało się być „Power”, nie zaś „Future World” zagrane na sam koniec. Zresztą, nie będę nikogo oszukiwał, osobiście po 6 latach przerwy nawet ten kiepski głos Derisa i mankamenty brzmieniowe (ciche i nieselektywne gitary, spieprzony trigger na centralach…) nie przeszkadzały mi w niejako celebracji tego bardzo pozytywnego wydarzenia. Jedyne co mogło wypaść lepiej, a czego raczej nigdy się nie doczekam w tym kraju, to żywsza reakcja publiczności. Ja wiem, że do power metalu niby poguje się czy nawet skacze raczej ciężko, ale bez przesady, stanie w miejscu przez cały gig to nie najlepsza forma przekazywania muzykom, że się podoba. Niestety, taka to już wada Czechów i prędko się to nie zmieni.

Grzegorz „Chain” Pindor