GOJIRA – dziecko oszalało ze szczęścia

Walcząc z bolącym gardłem, katarem, ziębami w uszach i próbując skonfigurować mentalnie ciało tak, aby zapomniało o przeziębieniu, pojawiłem się bez obstawy w Klubie Stodoła z jedynym płynnym kompanem, który musiał po chwili zginąć w moim brzuszku, by organizm zapomniał o swoich ograniczeniach. Wiedziałem, że sprawna powłoka będzie mi bardzo potrzebna, żeby zmierzyć się z bestią, co zowie się Gojira .

GOJIRA – Warszawa, Klub Stodoła 05.08.2013 r.

Punktualnie o 20.30, a więc (w realiach koncertowych) nieoczekiwanie na scenie pojawiły się cztery postacie bez corpse paintu, bez przytroczonych do spodni łańcuchów (to na klucze? zegarek po pradziadzie?), bez żelu na włosach i kołtunów w tychże. Buchnęły (raczej skromne) światła i gdzieś ze statycznego Ajfona, któgry wymachiwał obok mnie swoim właścicielem zaczęła płynąć „Explosia”. Nie jestem w stanie powiedzieć czy to „zasługa” nagłośnienia, akustyki sali czy moich zatkanych uszu, ale brzmienie było wybitnie selektywne, lecz sam dźwięk zbyt przyciszony (stałem blisko głośników przy scenie). Francurzyki płynnie (a może to u mnie wszystko tego dnia stało pod znakiem płynów?) przeszli do mocarnego „Backbone”. Zwrotka szybko odcięła tlen od głowy, a ciało samowolnie rozpoczęło taniec godowy potworów z Japonii. W czasie oczepin resztki powietrza w mózgu zastały mnie z niedorzecznym pytanio-twierdzeniem – „zespół gra z playbacku”. Z czasem albo mój organizm zaadoptował się do odsłuchowych niedoborów albo złapałem telepatyczny kontakt z nagłośnieniowcami albo to co leciało na ajfonie czy innym „aju” dobry człowiek podłączył do konsoli, bo wreszcie dźwięk zaczął miło gnieść w klatę. Z innych pozytywów – aura i otwarte dwie pary drzwi po prawej stronie sali sprawiły, że w dosyć zatłoczonym miejscu gdzie stałem ani razu nie poczułem stodołowej woni od huzarzych koników (a może katar raz na coś się przydał?).

 200 procent mocy

200 procent mocy

Przy utworze „Vacuity” poczułem z tą czwórką jakąś nieogarnioną (jeszcze i dzisiaj) więź, która wyplotła się z rozrzewnienia i uniesienia. Bo „Vacuity” nie jest zwykłym koncertowym kafarem wbijającym pale w rytm porannej kupki Randiego Blythe z Lamb of God. „Vacuity” to moja pierwsza, odruchowa myśl o rytmie w muzyce metalowej, o tym jak majestatycznie można uprawiać nowoczesny metal, nie uciekając się do jakiejś wydumanej ornamentyki. Ale wracając na warszawską ziemię, jeszcze wcześniej wzbiliśmy się w powietrze za sprawą znakomitego „Flying Whales”. Wieloryba widziano podczas koncertu kilka razy jak nadęty wędrował ręka w rękę z perkusistą Mario Duplantier (a może był to delfin? Tak, delfinitywnie.). Najlepszy na ostatniej, przeciętnej jak na Gojira, płycie – tytułowy „L’enfant sauvage” zaczął brutalnie walczyć z moją tymczasową głuchotą. I tu kolejna dygresja, tym razem na temat rykośpiewu Joe Duplantier. Barwa jego głosu, a przede wszystkim umiejętność umieszczenia w przestrzeni growlu melodii, poza oryginalnością takiej kombinacji, sprawia, że za każdym razem gdy otworzy on paszczę, wydaje mi się, że ma mi coś bardzo ważnego do powiedzenia, co nie może dłużej czekać, a odmieni nasze życia. Po raz pierwszy widziałem go „na żywo”. To nie mechaniczne, oszczędne żucie pierogów w stylu Georga Fischera. Drąc się, Joe wije się jak ogon brachiozaura, a Ty czujesz, że daje z siebie 200 procent mocy.

Pierwsze dźwięki morbidangelo-fearfactorowego „The Heaviest Matter of The Universe” zabrzmiały mi niczym grzechot klocków lego zaklętych w wymarzonej za młodu paczuszce. Teraz zostały rozpakowane, a dziecko oszalało ze szczęścia, po czym z uwielbieniem, podskokami i wrzaskiem dziękowało czterem dobrodziejom za oczekiwany dar. „Oroborus” wypadł jakoś dziwnie, jakby główny motyw grany techniką tappingu zmieniono (a może to przez te prze-zięby, które siedziały mi w uszach). Wcześniej wrzucono w publikę jeszcze dwa starsze kawałki („Rememberance” i „Wisdom Comes”), dla mnie – pora relaksu. Mario (podobno) standardowo odbył swój crowd-surfing na desce, a Joe – raczej milczący w przerwach między utworami – rzucił coś w stylu „All I remember in Polish is „kurwa”, so „kurwa” to all of you”, co spotkało się z owacją publiczności. Pomimo tego, że siedzi gdzieś we mnie mały polaczek łaknący pogłaskania przez tych lepszych z zachodu jednym polskim słowem (taki trud nauki sobie zadać, to jest coś!), to w tamtej chwili poczułem się jakoś zażenowany tą szkółką (w końcu do k…. nędzy odebrałem dobre wychowanie). Był jeszcze ładnie wyproszony („napierdalać!”) bis w postaci „The Gift of Guilt”, który powoli wygaszał emocje tłumu.gg

Muzycy pozbyli się instrumentów, ustawieni w rządku ładnie zaczęli dziękować, bić publice brawo i znikać w czerni zaplecza. Nie rozumiałem z początku co się dzieje. Czy to moje leki przestały czy zaczęły działać? A może to taki hokus-pokus i zaraz zagrają kilka numerów? Przecież indywidualny koncert takiej gwiazdy nie może zamknąć się w 60 minutach! To ja odpuszczam spędowy Brutal Assault (tam zagrali ok. 50 minut) na rzecz koncertu, który trwa 10 minut dłużej? Skoro stuletni Paul McCartney może zagrać dwu i pół godzinny show, to młode byki z Ondres dociągnęłyby może łaskawie do godziny i dwudziestu minut? Wylawszy resztki żółci w chusteczkę, pociągnąłem nosem, odchrząknąłem to co miałem do odchrząknięcia i jednak szczęśliwy udałem się do wyjścia. W końcu zobaczyłem moich mini idoli (w moim wieku nie wypada mieć już regularnych idoli, za to wypada grzecznie ubłagać żonę o pozwolenie na koncertowy wyjazd), którzy zagrali właśnie dla mnie kilka arcy genialnych kawałków, czyniąc to brawurowo, z uśmiechem na twarzach. „Opylało się” to all of you.

Tekst i zdjęcia Kuba Kolan