GOD IS AN ASTRONAUT – gigatony energii

Nie mogę powiedzieć, żebym na koncert God is an Astronaut czekał z jakimś wielkim przejęciem. Gdyby nie żarliwa rekomendacja znajomych, w ogóle bym się tam nie pojawił. I żyłbym dalej w nieświadomości, a tak to wiem, że szkoda by było.

God is an Astronaut, Sounds Like The End of the World. 21.05.2014, Gdańsk, klub „Parlament”

T.S. Elliot pisał, że świat nie skończy się hukiem, ale skamlaniem. Zespół Sounds Like the End of the World nie raził może płaczliwością, ale z taką muzyką koniec wszechrzeczy nastąpi prawdopodobnie poprzez zapadnięcie w poobiednią drzemkę. Nie to, żeby kapela była zła, bo grać potrafią i poza masakrycznymi partiami klawiszy nie ma się czego czepić. Ba, sprawiający wrażenie lidera zespołu perkusista jest mistrzem idealnie oszczędnej gry na zredukowanym do niezbędnego minimum zestawie. Mnie osobiście takie melodyjne, ułożone i dobrze wychowane granie nie porwało, choć publiczność wiwatowała w granicach przyzwoitości.

W moim prywatnym muzycznym miniwszechświecie jest specjalna galaktyka zespołów, których na co dzień nie słucham praktycznie w ogóle, ale koncertu sobie nie odmówię. God Is An Astronaut to idealny przykład takiej właśnie kapeli – ich płyty w najlepszym wypadku pozostawiają mnie obojętnym, akcentując takie wartości jak perfekcja wykonawcza, dopracowanie formalne i wielkie artystyczne ambicje – a więc sprawy kompletnie drugorzędne w dobrej muzyce. Wyrwani ze studyjnego kagańca, Astronauci okazują się konkretną bestią i moim zdaniem to koncerty są prawdziwym sensem ich istnienia. Zamiast naciągać dolną wargę na górną i udawać wielkich artystów, zespół nap….dala co sił w łapach, generując ze swojej plumkaniny (opartej głownie na ostatniej płycie i „All Is Violent, All Is Bright”) gigatony energii. Wyłączając fonię można by pomyśleć, że to jakiś młody, jurny skład heavymetalowy tłucze się po scenie, co rewelacyjnie komponowało się z grą świateł i nieselektywnym, łupiącym brzmieniem. God Is An Astronaut oczywiście doskonale radzi sobie z odgrywaniem tego, co skomponowali i nagrali, ale priorytetem nie jest idealne odrysowanie studyjnego pierwowzoru, a zabawa i radość z grania, psychodeliczny zakręt i intensywność doznań. Prosty wniosek jest taki, że jak już się te koncerty gra, to trzeba nap…dalać, bez względu na to, czy na scenie produkuje się wytatuowany załogant w bandanie, czy mroczny bard z rozstrojoną gitarą.God

Przy okazji niedawnej recenzji składanki zainicjowanej przez postrock.pl (na której znalazł się zresztą Sounds Like The End of The World) ubolewałem nad asekuranctwem formalnym postrockowej młodzieży rodzimej. Różnicę w nastawieniu do własnego grania świetnie było widać na przykładzie dwóch kapel z tej samej szufladki, gdzie kolektyw bardziej doświadczony i z solidnym dorobkiem pozamiatał po młodszych kolegach, a może powinno być odwrotnie? Nawet taka muzyka jak postrock nie musi być jak Kasia Cichopek (pozdrawiamy serdecznie), może być też jak Gina Rowlands. Odrobina ekspresji i niegrzeczności jeszcze nikomu krzywdy nie zrobiła.

Słuchał i oglądał Bartosz Cieślak