FURIA, BLOODTHIRST – kozły, Marzanna i metal

Gdzieś obok kolega Czajkowski W. mocno podniecił się nowym albumem jednej z bardziej kontrowersyjnych formacji BM w Polsce. Fakt, Furia nijak wpisuje się w czarny świat bluźnierczego metalu nad Wisłą, mają w dupie opinie i trendy, krocząc swoją ścieżką, która z tzw. tuzami gatunku nie ma wiele wspólnego. Jednocześnie koncert rozpoczynający trasę „Niech kozły świat” pokazał, że nawet jeśli zespół jest w awangardzie gatunku, to na deskach kopie niczym rasowi bluźniercy.

 

 Furia, Bloodthirst, Hell Patrol, Warszawa, Progresja

Zajebisty gig, zajebisty klimat, tani schabowy i potworny ból głowy przez cały dzień. Na koniec uroczystości półgodzinny koncert duszącej się świni.   (Nihil)                                                                                                                                                                                                                                      

Znów była wóda, znów były cuda. Nie obyło się bez pomylenia trasy, ale to mi się zdarza za każdym razem. Wykład Remasa o produkcji wędlin nie wpłynął na apetyt. Mieliśmy okazję podziwiać krovy, mevy, drzewca i fioletowe części garderoby. Duszą towarzystwa w Warszawie i osobą, która pozostała z nami duchem do samego końca był nasz BDB kolega z Warszawy!!! Nastroje jak zwykle negatywne. Szyderczym kontemplacjom wszechogarniającej nas szarzyzny i bezpłciowości nie było końca. Zdrowie pięknych kobiet! Może jeszcze przyjdą…   (Mintaj)

                                                                                                                                                                                                                        

Nie mogłem sobie pozwolić, by zniszczyć tradycję, dlatego w Progresji pojawiłem się precyzyjnie w momencie, kiedy ze sceny ewakuował się support. Taki już ich parszywy los i mogą mnie za to opluć na forum. Dodam jeno, że z relacji spotkanego kolegi wynika, że Hell Patrol oprócz fajnej nazwy zaprezentowali się całkiem przyzwoicie. No i pogratulować.
Całkiem tłusty tłumek luda metalowego czekał zatem na występ pierwszego gwoździa programu czyli poznańskiego, old schoolowego, thash/death’owego, bluźnierczego (ufff…) Bloodthirst. Zespół, występujący teraz jako kwartet wyszedł na scenę w klasycznym rynsztunku, opięty pasami z nabojami, w skurzanym sztafażu i z pieśnią na ustach. A ma co śpiewać, bo dyskografia bogata i nowy mini – album „Żądza Krwi” w krajowym narzeczu wycharczany jeszcze nie wystygł. Pomijając przyjemność, jaką czerpałem z oglądania harców kapeli na scenie, muszę przyznać, że mam zawsze niedosyt jeśli chodzi o koncertowe prezentacje takiej muzyki. Paradoksalnie, bo przecież muza ta właśnie na scenie znajduje swoje uzasadnienie i spełnienie. Bloodthirst zaprezentował się klasycznie, wykorzystując zestaw zachowań właściwych gatunkowi. Machanie łbem, groźna postawa, charcząco agresywnie, w manierze Nergala zapodawane tytuły utworów i kolejne hity z ostatnich krążków. Może to wszystko jest pewną pozą (bo jest!), ale w przypadku granej muzyki inna, bardziej współczesna i mniej „old” pozycja byłaby lekkim dysonansem. No i z każdej niemal pieśni bałwochwalczy ukłon w stronę twórców „Show No Mercy” był rzecz jasna oddawany. Brzmieniowo Bloodthirst nie odstawał od średniej krajowej, choć przyznam się, że miejscami troszkę brakowało mi selektywności. Ale może tak i miało być? Doczekaliśmy się przekrojowego zestawu – była „Ofiara”, znakomity „Let Him Die”, „Wiedźma”, „Czas Zemsty”, „Sanctity Denied”, „Unicestwienie Duszy” i oczywiście „Hateful Antichristian Thrash”. Dobry zestaw, dobry koncert.

kozły, Marzanna i metal

kozły, Marzanna i metal

Po krótkiej (tak, wszystko poszło nad wyraz sprawnie…) przerwie na scenę wytoczyli się panowie z Furii. Tu mieliśmy już do czynienia z standardowym, black metalowym corpse-paint’owaniem. „Blade twarze” skapane w sinych światłach i dymach wizualnie zaprezentowały się umiarkowanie, choć trudno liczyć na fajerwerki. Zdecydowanie bardziej należało się skupić na walorach brzmieniowych. No, może nie na samym początku, ale kiedy akustyk doszedł do siebie, wszystko „zatrybiło” jak należy. Bardzo solidnie a przede wszystkim selektywnie (co w przypadku takiej muzyki nie jest oczywistą oczywistością…), trzeźwo (bo pierwszy koncert z zestawu i trzeba godnie wystartować). Tak się złożyło, że przed koncertem wlazłem na jedno z popularniejszych forów internetowych poświęconych muzyce metalowej i poczytałem wątek związany z Furią. Oj, błąd, bo wyniosłem z tej lektury – jak zwykle – wniosek, że spora część metalowej publiki to małoletni masturbatorzy – malkontenci. Ech… Ok., może właśnie dzięki temu oglądało mi się Furię zadziwiająco dobrze. Bo jeśli nawet na płytach eksperymentują, o tyle na żywo są konkretną machiną łupiącą solidny black metal. Na szczęście – bardzo zróżnicowany. Może dla niektórych za dużo było klimatu, za mało rzezi. Jeśli tak, to zapraszamy na koncerty Infernal War. Furia w wielu miejscach udowodniła, że łamanie stylistyk to dla nich chleb powszedni. Mocno „pojechane” miejscami gitary, zwolnienia, często odjeżdżające w nieco psychodeliczne rejony. Przedziwny klimat miał ten koncert. W kontekście muzyki czterej jeźdźcy zaprezentowali się nader zwyczajnie, bo nie ukrywam, że muzyka Furii aż się prosi o jakieś teatrum. To byłby dopiero szoł… Jako, że nowy album trafił już pod strzechy, zespół zapodał  „”Pójdź w dół” i szczególnie „Są to koła” – na razie mój hit płyty. Doskonale zaprezentował się „Ohydny jestem” i „Zgniję, nie odpowiem”. Co jeszcze? „Ślepych dzień” z debiutu. Niezbyt długi, ale moim zdaniem solidny występ; Nihil nie zabawiał publiczności zbyt rozbudowaną konferansjerką, reszta muzyków też oszczędnie. Słowa uznania należą się perkusiście, którego, z racji ustawienia sceny mogłem sobie poobserwować. Dobrą robotę odwala i w temacie koncertowej prezentacji trzyma muzykę Furii za mordę. Publiczność, co ze zdziwieniem skonstatowałem, reagowała bardzo żywo i świadomie na poczynania Furii. Niektórzy tak się rozochocili, że postanowili pójść w tany z barierkami, co skończyło się jedynie walcem z progresyjnymi ochroniarzami; nie wiem czy bardziej do jukendens czy kroniki kryminalnej ów taniec się nadawał…

Zaiste, miły to był wieczór, pełen solidnych, ociekających mięsem dźwięków, konstatacja, że nie samymi blastami black metal żyje i kolejny już wniosek, że tajemny krąg Let The World Burn to chyba  jeden z tych bardziej kreatywnych związków muzycznych w Polsce. Oby tak dalej. Teraz jeszcze tylko chcę usłyszeć w całości „The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope”, choć Nihil już zdążył rozwiać moje nadzieje. Szkoda. Idę topić Marzannę. Znaczy smutki.

Arek Lerch

Zdjęcia Janek Fronczak/Shades of Grey
Galeria z koncertu do obejrzenia tutaj: Furia