FRONTSIDE – Zniszczyć Wszystko Tour

Pójście na Frontside” to wydarzenie towarzyskie, wesołe, służące integracji ze znajomymi, spożyciem… i gdzieś tam na szarym końcu na kontemplacji wartości artystycznej. I dobrze – pasuje mi taki układ; jako akompaniament pod powyższe czynności koncert pięciu pięknych chłopców z piekła nadaje się znakomicie.

Frontside, Totem, The Supergroup, Coffins, Veal

Warszawa, Park, 4.11.2010

Frontside promuje nowy album o rozbrajającym tytule „Zniszczyć wszystko”. By było weselej, trasa też się tak nazywa. Sosnowiecka ekipa podeszła do sprawy poważnie – 15 koncertów w Polsce, prawie półtoragodzinny set – widać, że chłopaki mają ciśnienie wskoczyć na jeszcze wyższy poziom, czyli pułap „hunteropodobny”, jeśli chodzi o zapełnianie klubów. Warszawski występ, który trasę otwierał, w tym kontekście nie wyszedł do końca idealnie, ludzi nie było oszałamiająco dużo, jakieś 200 – 250 osób, choć ciężko to ocenić w Parku, którego konstrukcja sprzyja szwendaniu się wszędzie oprócz sali koncertowej. Gdy przybyłem do klubu instalowała się warszawska Supergrupa. Wróbelki ćwierkają, że ten projekt zwalnia, nie wiadomo czy nie ze skutkiem ostatecznym. Wiedziony zatem powinnością historyczną zmusiłem się obejrzeć ich koncert – a nuż był ostatnim? Ludzie drętwi, brzmienie panowie „od hebli” dopiero testowali, wyszło zatem tak sobie. Dwa najjaśniejsze punkty to cover Biohazard „Punishment” i stoner’owy „Alcoholic Anthem” – jedyna kompozycja The Supergroup, która wzbudza we mnie większe emocje. Resztę setu wypełniły sprawnie odegrane nudy. Konsumując kolejne piwo czekałem na Totem. Podobno za moment pojawi się ich następna płyta, ze starego materiału grają tylko dwa numery. Interesująco zapowiadało się zatem zbadanie, w jakim kierunku poszli. Niestety, poszli w kierunku dziwnym – oczywiście, koncert nie do końca sprzyja poznawaniu niuansów nowej muzy, którą słyszy się pierwszy raz w życiu, ale odczucia po nowościach miałem mocno mieszane. Mniej thrash’u, więcej bujania, tak jakby pozazdrościli frontsajdowi nieskomplikowanych rytmów, przy których można podbić gimnazjalną publikę. Cóż, kwestia gustu, może jestem już głuchy i źle słyszałem te świeże, totemowe dźwięki? Ale faktem jest, że kończący set „Trash the south” zjadł wszystko, co było wcześniej i nie tylko dlatego, że nie słyszałem go pierwszy raz w życiu. Na zakończenie koncertu Totemu jeszcze jeden wniosek: Weronika charyzmą i obyciem ze sceną odstawia cała resztę o rok świetlny. Ale o tym to chyba wiadomo już od dawna a ja tylko utwierdziłem się w swoich poglądach…

Ok., nadszedł czas, by „zacząć napierdalać” – półtoragodzinny walec Demona i kolegów przetoczył się po wniebowziętych małolatach. Z obserwacji podczas tegoż występu doszedłem do wniosku, że na koncercie FS dochodzi do bardzo gruntownego i konkretnego podziału – publika mianowicie składa się z części bawiącej się na serio, gdzie średnia wieku nie przekracza 17 lat oraz z części bawiącej się „dla jaj” – traktującej bajanie o apokalipsie i relikwiach co najmniej tak, jakby to był koncert Madonny, Bayer Fulla albo innego Bon Jovi. Jest swojsko, przaśnie i rozkosznie. No i w sumie co w tym złego? Chyba nic, jeśli pominiemy debilne teksty, pewną powtarzalność patentów (zwłaszcza w nowych numerach…) i średnie brzmienie, nastawione tylko na zmielenie naszych biednych uszu jak największą dawką niskich rejestrów. Frontside na żywo jest perfekcyjny, gdy trzeba grają z dużą precyzją, kiedy indziej uderzają w liryczną nutę z odrobiną zawodzenia w stylu najlepszych lat Kombi. Chyba nie chce mi się decydować o tym, czy to jest obciach czy nie… Ja bawiłem się świetnie, no a w końcu chyba po to są koncerty, prawda?

Freak Kozodupnik

Zdjęcia: Kuba Kopeć