FEAR FACTORY, DEVIN TOWNSEND PROJECT ‒ Graj ile fabryka dała

Wspólna trasa Fear Factory i Devina Townsenda to nie lada wydarzenie. Szczególnie, że dwa koncerty tej wielgachnej kampanii odbyły się w Polsce. 4 grudnia w warszawskiej Progresji, a dzień później w poznańskim Eskulapie. Oba zespoły dostarczyły wielkich emocji, satysfakcjonując tym samym zgromadzonych fanów. Na wcześniejszym etapie „Epic Industrialist Tour” w roli rozgrzewacza występowały grupy Sylosis oraz War From A Harlots Mouth, ale do kraju nad Wisłą nie dotarły.

 

Fear Factory, Devin Townsend Project ‒ Eskulap, Poznań, 5 grudnia 2012

Przyjacielski Devin

Przyjacielski Devin

Punkt dwudziesta na deski poznańskiego klubu wszedł kwartet pod wodzą byłego lidera Strapping Young Lad. Rozbrajający poczuciem humoru i dystansem do siebie Devin Townsend, publikę ujął już pierwszymi gestami. Ogolony na łyso, ubrany w czarną marynarkę, robiący miny nie gorsze od Jima Carreya, przez ponad godzinę zabawiał publiczność dowcipnymi komentarzami, ale przede wszystkim niezwykle wpadającą w ucho muzyką.

Rozpoczął bujającym „Supercrush!”, aby po chwili uderzyć ciężarem „Kingdom” z najnowszego krążka „Epicloud”, wydanego we wrześniu 2012. Pomimo wyraźnych kłopotów z gardłem, za co winę należy zrzucić na mroźną, grudniową pogodę, Devin był w doskonałym nastroju, szczerząc się i wygłupiając przez cały czas. Zaprezentował „Truth”, starszą kompozycję z wydanego kilkanaście lat temu albumu „Infinity” oraz jeden numer z „Ziltoid the Omniscient” – „Color Your World”. Znalazło się też miejsce na odrobinę spokojniejszy moment w postaci „Sunday Afternoon”, dedykowanego zgromadzonym tego wieczora w klubie dziewczynom.

W dalszej części koncertu wysoki poziom energii podtrzymały takie wybuchowe numery, jak „Vampiria” oraz „Lucky Animals”. Szczyt jednak został osiągnięty podczas zalatującego klimatem grozy „Juular” oraz kipiącego groovem „Grace”. Słowa „Never fear love” (Nigdy nie bój się miłości), padające w tym drugim kawałku, pięknie oddają naturę zwariowanego Devina, buzującego kreatywnością i entuzjazmem człowieka, którego na scenie rozrywa miłość do muzyki i słuchaczy. Na pożegnanie zespół zagrał „Deep Peace” z wydanej w 2001 płyty „Terria”. Ten melancholijny i stonowany utwór okazał się być świetnym zwieńczeniem radosnego setu.

Graj, ile fabryka dała

Graj, ile fabryka dała

Po rozrywkowym występie Devina i spółki przyszedł czas na Fear Factory. Pionierzy industrialnego metalu w odświeżonym składzie, ponownie z Dino Cazeresem oraz nowym perkusistą i basistą – Mikiem Hellerem i Mattem DeVriesem, zaprezentowali przekrojowy zestaw najlepszych utworów.

Na pierwszy ogień poszła tytułowa kompozycja z najświeższej, wydanej kilka miesięcy temu płyty, „The Industrialist”. Chwilę później fani otrzymali pigułkę z „Obsolete”, którą godnie reprezentowały „Shock”, „Edgecrusher”, „Smasher/Devourer” oraz, w późniejszym momencie, „Resurrection”. Sterylnie brzmiąca i perfekcyjnie wyprodukowana w studio muzyka Fear Factory to ogromne wyzwanie dla nagłośnieniowca obsługującego koncert. Mimo pewnych niedociągnięć oraz przeciętnej formy wokalnej Burtona C. Bella, występ pochodzącej z Los Angeles kapeli, porwał zgromadzonych. Tłum reagując na każdy riff, rytmicznie poruszał się i wydzierał gardła podczas refrenów. Cazares i DeVries z uśmiechami na ustach przemierzali scenę w tę i we w tę, a Mike Heller, odwalający robotę perkusyjnego cyborga, pokazał się z najlepszej strony. Jestem przekonany, że oryginalny pałker FF Raymond Herrera wyraziłby się pochlebnie o jego umiejętnościach.

Burton C. Bell

Burton C. Bell

Wśród kolejnych piosenek znalazły się również „Powershifter”, „Acres of Skin”, „Linchpin” czy „Recharger”. Nie zabrakło także powrotu do przeszłości, czyli numerów z debiutu „Soul of a New Machine”. Były to posiadające deathmetalowy pierwiastek „Martyr” oraz „Scapegoat”. Nie pojawiły się za to żadne melodie z „Archetype” i „Transgression”, płyt, w powstawaniu których nie uczestniczył Dino Cazares.

Finałem i jednocześnie punktem kulminacyjnym spektaklu okazały się jednak kawałki z „Demanufacture”, powszechnie uchodzącej za największe osiągnięcie Fear Factory. Zaraz po miażdżącej kompozycji tytułowej, zespół przypomniał takie ponadczasowe utwory, jak „Self Bias Resistor” czy „Zero Signal”. Na sam koniec został zarezerwowany prawdziwy hit, czyli „Replica”. Rozgrzana do czerwoności publika odśpiewała chóralnie z Bellem zapadające w pamięć słowa „I don’t want to live that way!”. Po osiemdziesięciu minutach okładania gitarowymi riffami, wyczerpana, ale zadowolona grupa kilkuset fanów, nagrodziła zespół burzą braw.

 

Tekst Adam Drzewucki

Zdjęcia Łukasz Popławski