FAITH NO MORE – Starsi panowie wśród kwiatów

Dawno nie czytałem tylu skrajnych opinii po koncercie w Tauron Arenie (eks-Kraków Arena), co po występie Faith No More 8 czerwca. Czy zawiódł zespół? Na pewno nie. Publika? Również nie, reagowała kapitalnie, co zostało docenione niejednokrotnie przez muzyków. Setlista? Gdzie tam! Znakomity zestaw 19 numerów, w tym paru coverów. Brzmienie? Niestety, nie było takie jakiego oczekiwałbym po zespole tego formatu i tym samym zepsuło trochę odbiór tego niewątpliwego wydarzenia muzycznego.

W sołszialach już mi się oberwało od fanów z golden circle, że tam było słychać świetnie (choć był i jeden głos, że czasami coś jednak nie grało tak jak powinno). Odpowiem na to tak: gdyby za taką cenę biletu w tym miejscu fan otrzymywał widowisko o brzmieniu słabym, zrozumiałbym, gdyby dostał szału i wyzwał organizatora na walkę konną lub pieszą. Moim zdaniem Tauron Arena, choć to obiekt nowoczesny w kształcie i nowy, najwyraźniej nie nadaje się do koncertów zespołów, które czasami, lub nawet częściej niż czasami, używają ostrych, przesterowanych gitar. Byłem w tym miejscu już na paru koncertach rockowo-metalowych i żaden nie brzmiał perfekcyjnie. Najlepiej słychać było na Bryanie Adamsie odgrywającym swoje opus magnum „Reckless”. Ani chybi halę projektowano z myślą o muzyce lżejszej, a także o sportowych spędach z mordobiciem w roli głównej.

Nie kupuję też do końca argumentów o dyletanctwie akustyków, bo nie wierzę, aby zespół tego kalibru, co Faith No More zatrudniał osoby niesprawdzone. Może hala płata jakieś figle, gdy wypełnia się ludźmi? Nie wiem. Speca od akustyki trzeba by zapytać, a ja nim nie jestem. Faktem niezaprzeczalnym jest jednak to, że odbiór muzyki Faith No More, na którą tego wieczoru złożyło się sześć kompozycji z albumu Sol Invictus, the best of z płyt pozostałych, kilka coverów, ucierpiał na tym, że przez jakiś czas było z brzmieniem nienajlepiej, potem trochę lepiej, później raz tak, raz tak. To nie grindcore’owy gig, gdzie wystarczy jak lawa leje się z głośników przy wtórze nieludzkiego darcia wokalisty (choć Mike Patton drący się w „Cuckoo Fo Caca” niejednego grindowego krzykacza by zawstydził). W tej muzyce obok mocnego przyłożenia jest sporo smaczków i chciałem je usłyszeć, a nie za bardzo było mi to dane. Zawsze wybieram taktycznie miejsce w pobliżu konsolety, licząc na to, że blisko akustyka będzie słychać najlepiej. Niestety, wczoraj ta taktyka nie sprawdziła się do końca. Przez jakiś czas klawisze Roddy’ego Bottuma widziałem, że są przez niego uderzane, lecz miałem kłopot, aby te dźwięki usłyszeć. Gitara Jona Hudsona też dopiero po jakimś czasie „zagadała” w sposób, jakiego od niej oczekiwałem. Przeciwnościom wszelkim oparł się tylko wokal Mike’a Pattona, który jak zwykle na przystrojonej kwiatami scenie, upodabniającej ją trochę do znajdującego się nie tak znowuż daleko ogrodu botanicznego, był porywający, a do tego w typowy dla siebie sposób zabawny, złośliwy, autoironiczny, przekomarzający się z publiką (wraz z Roddym), żądający od niej wyłączenia telefonów, itp. Ten facet ma w sobie magię, nieziemską wręcz charyzmę i obserwowanie go na scenie to jest po prostu uczta dla każdego fana dobrej muzyki.faith_no_more_mike_0806-2015_rmakowka

Widziałem ich na trasie po reaktywacji, w Pradze. I wtedy, i teraz znakomicie wypadło parę evergreenów Faith No More, jak „Midlife Crisis” z cytatem ze „Strawberry Letter 23” The Brothers Johnson, „Ashes To Ashes”, „The Gentle Art Of Making Enemies”, wspomniany „Cuckoo For Caca”, „Last Cup Of Sorrow”, odśpiewany chóralnie „Easy”, zagrany na bis kolejny cover, „This Guy’s In Love With You”, czy prehistoryczny „We Care A Lot” jako ostatni z trzech numerów na bis. Kawałki z „Sol Invictus” najwyraźniej jeszcze nie zagościły mocniej w świadomości fanów, bo przyjmowano je uprzejmym klaskaniem, lecz bez erupcji entuzjazmu. Album pewnie będzie musiał swoje odczekać i być może potem doczeka się uznania, jakie spotkało łajany przecież przez wielu w momencie wydania „Album Of The Year”. O tym, że „Motherfucker” i „Superhero” świetnie sprawdzą się na żywo, wiedziałem już w momencie słuchania płyty. Bardzo daje radę również „Separation Anxiety”, mój faworyt z pierwszej po 18 latach płyty Faith No More.

Nie grają hale, grają zespoły – taka opinia się pojawiła. Tak, to prawda. Ale od hali w niemałej mierze zależy to, jak owe zespoły zagrają. W praskiej Tesli Arenie, typowo hokejowym obiekcie, ewidentnie ktoś przewidział, że nie tylko po lodzie będą tam jeździć i koncert Amerykanów w tym miejscu zabrzmiał bajecznie, niezmiennie pozostając w moim top 5 występów wszechczasów. Inna sprawa, że ognistą atmosferę w stolicy Czech skutecznie podgrzał parotysięczny legion polskich fanów. W Krakowie niczego podgrzewać nie trzeba było. Choć fani wypełnili Tauron Arenę może w dwóch trzecich, zgotowali zespołowi znakomite, gorące przyjęcie, które nie uszło uwadze muzyków.

Widziałem, jak Faith No More może genialnie zabrzmieć w hali i jak to się przekłada na reakcję widowni, zabawę. Stąd moje narzekania. Ale cieszę się bardzo, że ich zobaczyłem, bo to zespół wybitny, jedyny w swoim rodzaju, z facetem, który z tłumem potrafi zrobić wszystko. Parę razy Faith No More mówili o sobie ironicznie, że są już starzy. Jeżeli tak ma wyglądać starość, to ja bardzo poproszę już teraz. A tych starszych panów z chęcią zobaczę ponownie, ale może w starym, dobrym Spodku. Tam mocniejsze granie od zawsze miało dobry dom. Poza tym już tam byli. Czas powrócić. Tytuł dałem jak z impresjonistycznego obrazu. Teraz już wiecie, dlaczego to zrobiłem, prawda?

PS. O klasie Faith No More świadczy również to, że podziękowali supportującym ich zespołom Speculum i Dubioza Kolektiv. Niestety, obowiązki nie pozwoliły mi dotrzeć odpowiednio wcześnie do hali, aby zobaczyć ich występy.

Tekst: Lesław Dutkowski

Fot. Romana Makówka