EUROBLAST – pozytywny duch

Euroblast – można by rzec, że jest to kolejny festiwal muzyki metalowej, promocyjnie nadmuchany kapelami najwyższej półki niczym balon dla małego dziecka. Nic bardziej mylnego. Dziesiąta(!) edycja niemieckiego festiwalu była na tyle wyjątkowa, że każdy fan progresywnego metalu musiał znaleźć się od drugiego do piątego października w sercu Zagłębia Ruhry – w klimatycznej Kolonii.

Trzy dni przepełnione połamanymi rytmami, kosmiczną elektroniką czy też bass drop-em co drugi takt. Ale co czyni ten festiwal bardziej wyjątkowym od innych tego typu wydarzeń? Atmosfera. Na każdym kroku, przechadzając się w przerwach pomiędzy kolejnymi zespołami, nie sposób nie było zauważyć, że ludzie przyjechali z różnych zakątków świata (najbardziej byłam pod wrażeniem tych, co przylecieli do Niemiec aż z Ameryki Południowej!) po to tylko, aby cieszyć się muzyką ulubionych wykonawców. Ponadto, mimo tego, że jednym miejscu była tak ogromna mieszanka kulturowa – można powiedzieć, że Ci którzy tam byli, tworzyli jedną, ogromną rodzinę, z czym absolutnie nigdy nie spotkałam się na żadnym koncercie metalowym. To był niewątpliwy sukces organizacji, że potrafiono zjednoczyć ludzi tak wielu nacji.Alexandra Djemash - destiny potato

Kolejną, niewątpliwie wyjątkową rzeczą w dziesiątej edycji Euroblastu był sam line-up. Największe gwiazdy gatunku w jednym miejscu – TesseracT, Animals As Leaders czy chociażby SikTh to tylko wisienka na torcie tego wydarzenia. O ile dwie ostatnie zespoły zrobiły piorunujące show, to, niestety, TesseracT przepiekielnie mnie zawiódł. Czekałam na występ Brytyjczyków z Milton Keynes od kiedy tylko wyszło „Altered State”, po uszy zakochana w niebiańskim głosie poprzedniego wokalisty – Ashe O’Hara. Niestety, wsłuchując się z minuty na minutę miałam wrażenie, iż nowy-stary wokalista Daniel Tompkins (Tompkins odszedł z TesseracT w 2011 i wrócił na krótko przed festiwalem Download 2014, gdy O’Hara rozstał się z kapelą – przyp.red.) za bardzo próbował być swoim poprzednikiem, a nie sobą. Krok w krok to samo zachowanie sceniczne, naśladowanie wokaliz Ashe – mówię temu zdecydowanie „nie”. Bez wątpienia szkoda tak bajecznie zgranej Joni Tanskala - Khromainstrumentalnie kapeli – tworzyliby magiczną muzykę, gdyby nie ich wokalista. O niebo lepiej od TesseracT pokazały się dwa mniej znane, aczkolwiek równie warte uwagi zespoły – Chimp Spanner i Destiny Potato. Geniusz objawiający się w czarodziejskich dłoniach Paula Ortiz’a i niebotycznym wokalu Alex Djemash to coś, co trzeba przeżyć/usłyszeć/doznać na własnej skórze. Od początku do końca przemyślane show Paul’a i jego muzyków oraz Serbów z Destiny Potato czyniło ich występy niesamowitymi. Gorąco polecam wszystkim fanom progresywy posłuchanie obydwu zespołów na żywo. Nie pożałujecie ani grosza (eurocenta/pensa) na ich występy. Profesjonalizm w każdym calu. To samo mogę powiedzieć o występie równie utalentowanego na miarę Ortiz’a muzyka – Mike’a Dawes’a na afterparty drugiego dnia festiwalu. Nie tylko czarujący swoimi dźwiękami człowiek, ale i również naturalnie obdarzony talentem aktorskim komediant – pod koniec swojego show zaprosił muzyków znanych z londyńskiego Monuments – basistę Adama Swan’a, perkusistę Mike’a Malyan’a oraz jednego z fotografów (jako ochotnika) w roli wokalisty do wykonania „Superstition” Stevie’go Wonder’a. Tak rozbawionej publiki nie widziałam na koncercie od dawien dawna. Przezabawne i pomysłowe wykonanie klasyka muzyki popularnej.Adam Swan - Monuments

Na koniec chciałabym tylko jeszcze raz zachęcić na wybranie się na Euroblast w kolejnych latach. O ile równie znany brytyjski Tech Fest (odbywający się dorocznie w Newark-on-Trent – przyp. red.) jest podobnie oblegany przez fanów z całego globu – nie znajdziecie nigdzie takiego pozytywnego ducha i przyjaznej aury otoczonej muzyką najwyższej klasy.

Na taki rodzaj przeżyć warto wydać ostatni grosz z portfela  – dla wspaniałych wspomnień na lata.

Tekst i zdjęcia: Karolina Miszta