DZICZ – Dzikie harce i pogański rytuał

Dzicz 2014 – trasa roku? Taką opinię podziela niejeden fan rodzimej sceny. Czy słusznie? Niewątpliwie Pagan Records sprezentował nam niezwykle solidną i różnorodną dawkę koncertowych wrażeń na koniec tego, jakże urodzajnego muzycznie, roku. Sam fakt, że do pionierów rodzimej ekstremy dokompletował zespoły, które niejeden chciał zobaczyć od dawna, a które ostatnio prawie nie istniały na naszych deskach (zapewne z racji swojego bytowania poza granicami naszego blackiem i wódą płynącego kraju), zasługuje na wyrazy największego uznania i dziękczynienia. Teraz już „po ptokach”- poleciały, dzikie rytuały dobiegły końca, więc pozostaje jedynie spisać wrażenia. A jest co wspominać…

Furia, Witchmaster, Thy Worshiper, Rogi, Kraków/Katowice

Nauczona doświadczeniem, że po obejrzeniu pojedynczej sztuki tworów spod szyldu płonącego globu zawsze pozostaje niedosyt, postanowiłam, że na dzikie harce udam się nie tylko do pobliskiego Krakowa, gdzie trasa miała swój początek, ale również do serca śląskiej ziemi, Katowic – gdzie odbył się finał pogańsko-diabelskich rytuałów. Frekwencyjnie oczywiście Kraków nie miał startu do miasta-matki furiackiej hordy. W Fabryce było optymalnie – gwarno, jednak bez problemu znalazłaby tam schronienie jeszcze niejedna zdziczała duszyczka. Narzekać absolutnie nie można, bo w gruncie rzeczy miłośników sztuki o czarnym zabarwieniu stawiło się sporo. W Katowicach natomiast tłum. Do dziś zastanawiam się, jak względnie niewielka Prokultura (czyli dawna Gugalander) pomieściła tabun przybyłych. Wydostanie się na „ćmika” przesmykiem między barem a szatnią nierzadko wymagało akrobacji niemalże cyrkowych. Ale o to chodzi! Im więcej, tym lepiej – im ciaśniej, tym przytulniej. Publika prezentowała się równie różnorodnie jak skład koncertowy, choć nie od dziś wiadomo, że Kraków jest znacznie bardziej „hipsterski”, w związku z czym tamtejsze okazy (powołując się oczywiście głównie na zmysł wzroku) prezentowały większą rozpiętość gatunkową (wiekową chyba też). Ekspansja czarnej sztuki muzycznej powoduje, że trafia ona już nie tylko do zagorzałych fanatyków ciężkich łojeń i bardzo dobrze, niech płonie świat – cały!OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O pozamuzycznym aspekcie koncertowych włajaży można by pisać jeszcze przez kolejne kilka stron, bo tu bdb towarzystwo, tam bdb towarzystwo, bogaty merch, który spowodował, że z portfela wyparowało kilka stóweczek, no i Prokultura taka ładna po remoncie, ale kogo to tak naprawdę obchodzi? A więc, do sedna. Na pierwszy ogień – ROGI. Cóż to takiego… Właściwie nie miałam pojęcia, jednak bogaty i intrygujący skład personalny tego projektu wzbudzał we mnie niemałe zainteresowanie. Niejaki Bartek Rogalewicz najwyraźniej stwierdził, że jak się nie da – jak się da i stworzył zespół… jednoosobowy, w którym sam sobie wioślarzem, bębniarzem, orężem. Efekt? Całkiem ciekawy. Wiadomo, muzycznej wirtuozerii, popisowych solówek, czy perkusyjnych kanonad nie uświadczyliśmy, ale czy ktoś takowych popisów oczekiwał? Nie sądzę. Wspomniany artysta uzbrojony w gitarę w jednej ręce, pałeczkę w drugiej, własne gardło i dzienniczek siostry Faustyny stworzył przedstawienie bezbożne i na tyle absorbujące, że warto było poświęcić mu choć odrobinę swojej uwagi, skutkiem czego po zakończeniu, oddalając się do baru po złocisty nektar, podśpiewywałam sobie pod nosem, przeredagowaną na potrzeby chwili wersję pewnego szlagieru… chcę oglądać twoje rogi, rogi, rogi, rogi… Tak, chcę i pewnie jeszcze kiedyś obejrzę.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jako kolejny na scenie miał pojawić się zespół, który osobiście darzę olbrzymim sentymentem, zaliczając się do grona (może nie fanatycznych, ale) wyznawców-czcicieli – THY WORSHIPER. Co prawda sprezentowana w tym roku płyta, wałkowana z odtwarzacza, jakoś nadzwyczajnie mnie nie porwała, jednak wylana na żywca „Czarna dzika czerwień” przysypana gdzieniegdzie „Popiołem” tworzyła mieszankę wyśmienitą i sprawiła mi ogrom radości, wciągając w rytualno-mistyczną gęstwinę. Jakiż to miało transowy flow! Chwilami aż trzeba było przymknąć powieki, żeby przenieść się wraz z dźwiękiem na polanę pośrodku dąbrowy i przy akompaniamencie szerokiego instrumentarium tom-tomów czy didgeridoo, wraz z zespołem uczestniczyć w plemiennych tańcach. A kto wolał pozostawić wszystkie zmysły w fazie czuwania, mógł dodatkowo zawiesić oko na wizualizacjach, które ponoć prezentowane były jedynie na koncertach, na których dane było mi się stawić. Instrumentarium to jedna kwestia, drugą są wokale. Kontrastowe zestawienie męskich growli z damskimi lamentami w wielu przypadkach przynosi efekt o tyle przewidywalny, co po prostu mierny i nudny. Ponadto muszę dodać, że nie znoszę damskich wokali w szeroko pojętym metalu, tych wyjców, piejących podniosłe frazesy, lub tych zazwyczaj nieudolnych prób growlowania. Ale każdą regułę potwierdza wyjątek, którym (w moim pojmowaniu) jest właśnie Thy Worshiper i pani Malarz, która malowała (oj, jak ona pięknie malowała!) swoimi zaśpiewami przecudne, muzyczno-etniczne pejzaże. Napomknę nawiasem, że w Fabryce brzmienie było mówiąc delikatnie „jako-takie” i pozostawiało trochę do życzenia nie tylko przy okazji występu „Worshiperów”, jednak kapela temu nie winna. Za to w Katowicach już wszystko „banglało” jak należy i można było bez przeszkód dać się wciągnąć w muzyczne gusła. Dla żądnych jedynie wściekłego, siarczystego pierdolnięcia – nuda, dla mnie i dla innych wielbicieli takich pogańsko-szamańskich „wynalazków” – majstersztyk.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I przyszedł czas na przedstawicieli najbardziej bezkompromisowych dźwięków dzikiego zestawienia, master, master – WITCHMASTER! Cztery słowa: Kali, Bastis, Reyash, Inferno… (a nie, na trasie nieobecny, wybrał towar eksportowy, aleOLYMPUS DIGITAL CAMERA godnie zastępował go Zaala) i wszystko jasne – musi być bezlitośnie dobrze, innej opcji nie ma. Jako, że dzicz okiełznać ciężko, trzeba było postawić zasieki z drutu kolczastego i czaszki na palach, taki straszak – patrz co cię czeka, mały skurwysynu. Mistrzowie zaserwowali set przekrojowy i bardzo dobrze, nie pominęli chyba żadnego długograja, więc każdy winien być zadowolony. Na początek walnęli między oczy pięścią antychrysta, którego ich muzyczne łono niedawno wydało na świat. Nie zabrakło masochistycznych praktyk ku czci diabła, poczęstowali też łykiem trucizny. Dla wszystkich brodatych panów w obwisłych swetrach i przyciasnych spodniach, którzy w ilości sztuk kilku zwabieni zostali prawdopodobnie Furią po Offie, występ Witchmaster musiał być jak „Road to Treblinka” (której oczywiście zabraknąć nie mogło). Ależ to był pogrom, ścisk, szał spoconych ciał i agresywne pogo. Aż mi gorąco na same wspominki. Prawdziwy Satanic Metal Attack! Totalna anihilacja!

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPrzed występem śląskich bardów necro-folkloru, zarówno w Krakowie jak i Katowicach, misja była następująca: napalić się (ćmików rzecz jasna) i napoić, ażeby móc bez konieczności oddalania się od sceny obejrzeć całość sztuki, którą nas uraczą. Koncert „fabryczny” jak już wspominałam, trochę ucierpiał z racji problemów z nagłośnieniem, więc i tym razem pełną satysfakcję dał dopiero katowicki performance, który był na prawdę PRO, pełna kulturka. Tutaj (można by, ale) nie ma co dużo piać z zachwytu, bo kto był, widział i słyszał, ten nie ma żadnych wątpliwości, że FURIA jest obecnie najzwyczajniej w świecie nie-do-pod-je-ba-nia! A kto nie był – ten zwyczajna pizda, która będzie musiała żyć ze świadomością, że przegapiła OLYMPUS DIGITAL CAMERAkoncert jednego z najciekawszych zespołów ostatniej dekady. Krakowski gig rozpoczęli od, słynnego już w ich wykonaniu, coveru Darkthrone – „Under a Funeral Moon”. Publika podzieliła się automatycznie; na część, którą w sekundzie ogarnął koncertowy szał i na tą, której twarze przysłoniła konsternacja, a w głowie zadzwoniło pytanie; czo ta Furia, tak dziwnie? Tymże utworem furiacka horda zakończyła także występ w Prokulturze. Okazało się też, że hity z najnowszego albumu – Nocel na żywo sprawdzają się doskonale. Prócz wspomnianego koweru, który był niejako bonusem, setlista zaczynała i kończyła się tak, jak najnowszy krążek i na całej trasie była niemalże identyczna. Były więc opętańcze tańce przy dźwiękach „Opętańca”, w między czasie „zamawialiśmy” razem z Nihilem drugie, krętą ścieżką szliśmy do celu dając upust „Niezwykłej nieludzkiej nieprzyzwoitości”, by na koniec oddalić się w noc – „Ogromną noc”. Ponadto zagrali niezawodne killery takie jak: „Są to koła”, „Kosi ta śmierć”, „_”, „Przechrzczony”, „Idzie zima” czy „Płoń”. I to by było na tyle, tylko i aż tyle. Oczywiście, chciałoby się więcej, znacznie więcej, bo przecież niemal każdy utwór Furii sprawdza się rewelacyjnie w koncertowych warunkach i wywołuje niemałe poruszenie. Kawałki dobrane moim zdaniem koncepcyjnie z rozmysłem – pod tą dzicz, pod ten ludowo-pogański rytuał. Wizualnie jak zwykle bez fajerwerków. Za to z mgłą, dużo mgły, aż dziw, że dymiarki wyrabiały. W przypadku Furii wszelkie, dodatkowe aspekty wizualne są totalnie zbędne. Surowy imidż, nagie torsy, pomalowane w trupią impresję twarze i te potargane (od zawsze chyba te same) spodnie Nihila, należą już do klasyki scenicznej stylizacji i sprawdzają się idealnie. Resztę robi muzyka. Oj, bardzo dobrze robi.

Słowem podsumowania tej przydługiej relacji, pozwolę sobie sparafrazować pewne znane powiedzenie: człowiek z dziczy wyjdzie (o ile oczywiście wykupił u Mintaja wyjściówkę), ale dzicz z człowieka nigdy! Tak. To była trasa roku. Będzie pamiętane.

Słuchała, oglądała i spisała: Justyna Bochenek.

Zdjęcia (Poznań): Łukasz Popławski