DEICIDE – Bóg się rodzi, moc truchleje

Ekipa Glena Bentona uchodziła na początku lat 90. za najbardziej przerażający i bluźnierczy zespół świata. Znakomite „Legion” czy „Once Upon The Cross” na zawsze zapewniły jej miejsce w deathmetalowym Hall of Fame. Pod koniec zeszłego roku ukazała się jedenasta płyta Deicide „In the Minds of Evil”. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Świat mógłby się bez niej obyć. Nie jest to kompromitacja na miarę katastrofalnych „In Torment In Hell” czy „Insineratehymn”, lecz nie jest to również wydawnictwo dodające zespołowi jakiejkolwiek chwały. Podobnie występ Deicide w poznańskim Eskulapie. Profesjonalny, na poziomie, fachowy. Pozbawiony jednak emocji, wybuchowości i agresji.

Deicide, Svart Crown, Sawthis – Poznań, Eskulap, 18 grudnia 2014

Osoba organizująca trasę Deicide nie ma żadnych skrupułów czy łaskawości. Do roli supportów zaangażowała zespoły, które w żadnym stopniu nie poprawiły frekwencji na trasie, nie mówiąc już o jakiejkolwiek wartości dodanej. Czyżby naprawdę żadne rozpoznawalne kapele nie chciały już koncertować z Deicide?

Zapraszanie anonimowego, włoskiego Sawthis to strzał kulą w płot. Trzy osoby, które z litości oglądały ich poznański występ, dały do zrozumienia gdzie fani brutalnego death metalu mają nowoczesny groove thrash. Choć Svart Crown jest kapelą posiadają pewną markę i z pewnością posiadającą krąg fanów, wśród słuchaczy Deicide przyszło ich ze świecą szukać. Death/blackowy wyziew, który serwują Francuzi to muzyka intrygująca i warta uwagi, aczkolwiek nie jest to grupa wyjątkowo ekscytująca.IMG_5731

Deicide swój godzinny występ rozpoczęli trzema kompozycjami, które otwierają ich najnowszy album In the Minds of Evil, czyli kawałkiem tytułowym, „Thou Begone” oraz „Godkill”. Zaraz potem przyszedł czas na wyczekiwane przez wszystkich starocie, czego dowodem był znacznie większy aplauz witający takie ciosy jak „When Satan Rules His World”, „Serpents of the Light” czy „Children of the Underworld”. Choć ostatnie dokonania grupy nie odbiegają stylistycznie od pierwszych wydawnictw, dawny materiał robi na żywo większe wrażenie. Każdy fan sadystów z Florydy najlepiej bawi się przecież przy „Dead but Dreaming”, „Sacrificial Suicide” czy „Dead by Dawn”. Co do tego nie ma dyskusji.IMG_5776

Death metal jest jak boks. Gardę trzeba trzymać sztywno i bez wyjątku. Jak zaczyna się pajacowanie, upuszczanie rąk czy pieszczenie z przeciwnikiem, to koniec przez nokaut jest bardziej pewny niż kac po litrze wódki. Nie ma cudów. Przez trzydzieści lat non-stop grać wstrząsający, wkurzony i wulgarny death metal to zadanie niewykonalne. Nie dziwi mnie w związku z tym fakt, że aktualnie zespół Glena Bentona to wersja light masakrującej maszyny wojennej znanej sprzed lat. Akurat sam Benton machał łbem, rzucał się po scenie za dwóch i nie sposób powiedzieć, że sprawiał wrażenie podstarzałej, zblazowanej gwiazdki, którą przecież jest. Uciął jednak całemu przedstawieniu kompletnie jaja witając się z publiką słowami: „Cześć, jak leci, fajnie Was widzieć!„. Jestem przekonany, że Benton sprzed piętnastu lat dałby takiemu frontmanowi w mordę i wziąłby na kopy.IMG_5829

Gitarzyści Jack Owen i wyglądający jak jego młodszy klon Kevin Quirion, stali na scenie jak wmurowani. Wykonując niezbędne minimum ruchów, pogrążeni byli w sennym otępieniu. Techniki i umiejętności nie można im odmówić, ale przyjemności czy radości z grania nie odczuwają chyba żadnej, a jeśli jest inaczej to doskonale potrafią to ukryć. Zamiast choćby teatralnego obrażania Boga, zespół spragnioną miazgi i piekła publikę uraczył ekwiwalentem piwa bezalkoholowego. Artykułem tak niskokalorycznym i jałowym, że nie uwierzę w to, że ktoś w czwartkowy wieczór poznański klub opuścił nasycony.

Tekst Adam Drzewucki

Zdjęcia Karolina Miszta