DEICIDE – Diabeł w ludzkiej skórze

Wizyta Deicide w Poznaniu była dużym wydarzeniem na scenie death metalowej. Zespół dowodzony jednogłośnie przez skandalistę Glena Bentona bazuje przede wszystkim na kompozycjach z najbardziej lubianych płyt, czyli debiutu „Deicide” oraz „Once Upon the Cross”, ale zaprezentował także kilka numerów z wydanego w tym roku, dziesiątego już w dyskografii, albumu „To Hell With God”.

Deicide, Belphegor, Hour of Penance, The Amenta – Poznań, Blue Note, 5 lipca 2011

Wtorkowy festiwal szarpania drutów rozpoczęła australijska The Amenta. Zespół mieszający szybki death metal z industrialnymi elementami dał z siebie sto procent. Choć występem zainteresowana była tylko garstka fanów, kapela grała jak headliner dużej trasy – z należnym zaangażowaniem i pasją. Prezentując głównie materiał z dwóch dobrze odebranych przez krytykę płyt „Occasus” oraz „n0n”.

Włosi z Hour of Penance uderzyli ultra brutalnym grind/death metalem, przywołującym na myśl twórczość takich kapel jak Origin czy Nile. Półgodzinny set wypełniły przede wszystkim kawałki z dwóch ostatnich albumów „Paradogma” oraz „The Vile Conception”. Pozbawione wręcz melodii numery zadowoliły miłośników skrajnie ekstremalnego, metalowego rzemiosła.

Występ wyznawców kultu kozła, czyli Belphegor, przyniósł konkretną dawkę surowego, zwierzęcego i chamskiego thrash/death/black metalu, który w koncertowym wydaniu wypada świetnie. Naturalnie, pojawiły się kompozycje z „Blood Magick Necromance”, wydanego w 2011 dziewiątego już albumu Austriaków. Scena przez ponad pół godziny była skąpana w oparach bluźnierstwa, siarki i piekielnej smole, która wypływała z gardła wokalisty i basisty Helmutha. Żywiołowy i intensywny set udowodnił, że doświadczona grupa jest w formie.

Amerykanie otworzyli swój koncert numerem „Homage for Satan” z albumu „The Stench of Redemption”. Uwijający się na gitarach Ralph Santolla i Jack Owen już od pierwszych minut występu mieli pełne ręce roboty, wycinając karkołomne solówki. Witany wyjątkowo głośnym aplauzem Glen Benton zapowiadał kolejne kawałki z dowcipem i manierą cynika. Jego zblazowana osoba w niewielkim stopniu przypomina wściekłego pogromcę chrześcijan, z którym był utożsamiany przez lata. Robiący za dwóch bębniarz Steve Asheim cały godzinny set przeleciał jak natchniony dając do zrozumienia, że jest w doskonałej dyspozycji. Mając na uwadze, że ludzie najbardziej lubią piosenki, które już znają, Deicide nie pożałowało tłumnie zgromadzonym fanom ochłapów w postaci numerów z debiutanckiej płyty. Były takie szlagiery jak „Dead by Dawn”, „Lunatic of God’s Creation” czy „Sacrificial Suicide”, tradycyjnie zagrany na koniec koncertu. Z późniejszych nagrań pojawiły się „Dead but Dreaming”, „Once Upon the Cross”, „When Satan Rules His World” czy „They are the Children of the Underworld”. Gwałtowna muzyka Deicide uwolniła w ludziach pokłady energii. Pod sceną rozgorzała prawdziwa walka na śmierć i życie, gdzie przy taktach „Serpents of the Light” czy „Kill the Christian” można było doznać stłuczenia mięśni, przetrącenia karku czy w najlepszym przypadku odbicia nerek. Fani z chęcią poddaliby się jeszcze takim przyjemnościom przez kolejną godzinę, ale zespół nie dał się namówić na bis w postaci choćby takich hitów jak „Blame it on God” czy „Satan Spawn, the Caco-Daemon”. Sponiewierana publika nawet bez tych numerów opuściła poznański klub w szampańskim nastroju.

Tekst: Adam Drzewucki

Zdjęcia: Łukasz Popławski