DECAPITATED – pewność…

Wychodząc z klubu podsłuchałem wymianę zdań między jakimiś chłopakami – „Zepsuł się nam Decapitated, to już nie ten zespół…”. Doprawdy, to chyba najlepsze podsumowanie… Nie, nie koncertu, tylko głu(ch-p)oty słuchaczy. Bo Decapitated zmienił się. Wydoroślał, ma inny skład. I nadal jest jedną z najprecyzyjniejszych, death metalowych maszyn. Na światowej scenie metalowej…

Decapitated, Fleshgod Apocalypse, Aborted, Archspire, Cyanide Serenity, Klub Progresja

Czy pisałem już o nowej, świeckiej tradycji…  rozpoczynania relacji gdzieś tak od połowy?  Chyba tak… Tym razem dotarłem „aż” na Aborted… a  w zasadzie na Fleshgod Apocalypse, bo Belgowie ustąpili miejsca Włochom, sami grając bez… wokalisty. Cóż, pomijam ten dość słaby i raczej mało śmieszny element koncertu. Zaskoczeniem był dla mnie za to koncert Italiańców. Nie powiem, że jakoś specjalnie kibicuję Makaroniarzom; problem w tym, że z płyt ich symfoniczny death metal nijak mnie nie przekonuje. Owszem, doceniam starania, jednak krążki dotychczas mnie usypiały. Tymczasem włoska machina na żywca sprawiła całkiem fajną niespodziankę. Okazuje się, że sceniczna prezentacja Włochów to brutalny, ultra techniczny wyziew. Fleshgod zagrał bardzo sprawny, zwarty „szoł”, bez zbytnich dłużyzn, a elementy symfoniczne, w postaci klawiatur i wysokich, pseudo – operowych śpiewów były, jednak nie zdominowały zasadniczej, brutalnej luty. Powiem więcej – na styku death metalowej rzezi i symfo – rozmachu, dokładnie w tym punkcie, ubrani w garnitury Włosi kojarzyli mi się co i rusz z Ackercocke. Oczywiście, do momentu, kiedy basista zaczynał piać w wysokich rejestrach, bo wtedy, niestety, urok szybko pryskał. Cóż. Z jednej strony chwała za pomysł, ale może nie jest to najciekawsze połączenie. Zespół prezentował na żywo dość standardowy zestaw zachowań, było podżeganie do „walki” pod sceną (reakcja publiki dość niemrawa…), machanie wszarzem i „diabełki”. Zanotowałem też piekielnie precyzyjnego pałkera, który odwalał za zespół kawał dobrej roboty. Oj, pilnujcie Go, bo bez jego sprawnej gry będzie z Wami krucho, jak finansami a la Berlusconi…  Ogólnie jednak chylę czoła za determinację…

pewność...

Przygotowanie sceny dla ekipy Vogg’a przebiegało bardzo sprawnie; może dlatego, że Decapitated nie potrzebuje zbyt wielu atrybutów metalowca, ot, wzmacniacze w skromnej ilości, równie oszczędny zestaw perkusyjny i tylko reprodukcja okładki płyty rozwieszona za muzykami przypomina z kim mamy do czynienia. Skromność? Być może… Pod dowództwem niezmordowanego Malty szybko ustawiono brzmienie i tuż przed 22.30 poleciało intro…

Każdy, kto zetknął się z zespołem i zna najnowsze dzieło, wie, czego można się było spodziewać. Od pierwszych dźwięków ostro do przodu. Świetnie dysponowany Vogg to gitarzysta, który staje obok każdego axe – mana z światowej, metalowej czołówki, zaś Krimh… cóż, skromny z niego gość, tak też gra – oszczędnie, ale cholernie precyzyjnie, stanowiąc dla gitary Vogga zajebisty, niesamowity kontrapunkt . Po raz kolejny zachwyciłem się jego niewymuszoną, lekką grą i pewnością, z jaką zgrywa się z pokręconymi aranżami. A kiedy trzeba, potrafi pokazać niesamowitą gamę możliwości. Kolejnym plusem jest wokalista Rafał Piotrowski, który chyba przemyślał swoje zachowanie i teraz zdecydowanie bardziej trzyma się mikrofonu, nie robiąc „szołu” w stylu „jump madafaka” co, niestety, wcześniej się zdarzało. Nie zmienia to faktu, że jest najruchliwszym elementem zespołu. Cholernie dojrzale to wszystko wypadało; pewne, precyzyjne i poważne granie… Także nowy basista sprawuje się bez zarzutu, choć przyznam bez bicia, że jego partie były raczej słabo słyszalne, ale to już znany urok death metalowego „basowania”…

Zespół skupił się, co oczywiste, na najnowszym dziele „Carnival Is Forever”, choć nie brakowało wycieczek nawet do „Winds of Creation”, która to płyta ileś lat temu zapoczątkowała marsz zespołu przez świat. Osobiście najciekawszym punktem programu (dla niżej podpisanego…) był kawałek „Homo Sum” który w kontekście technicznego grania definiuje Decapitated, pokazując konkurencji gdzie jej miejsce. Posłuchaliśmy sobie jeszcze „Pest”,”404” czy „The Knife”. Słuchając numerów z najnowszej płyty – podobnie jak w recenzji – zwróciłem uwagę na ich oszczędną budowę, uwypuklającą raczej death metalowy charakter muzyki, niż techniczną stronę muzyki. Oprócz tego zespół przeleciał się po „klasyce” czyli zniszczenia dopełniły min. „Post Organic”, „Winds of Creation” i mus w postaci „Spheres of Madness”.

Doskonałe kompozycje, fenomenalne zgranie i własny, łatwo rozpoznawalny styl to Decapitated w najlepszej formie, nawet jeśli ktoś twierdzi inaczej a takie opinie słyszałem, niestety…  Wspomniana wcześniej pewność siebie i trzymanie występu w ryzach świadczy o tym, że – jak zauważyli (nie)przytomnie niektórzy uczestnicy koncertu – Decapitated zmienił się. Teraz wierzę im jeszcze bardziej niż kiedyś…

Tekst&Foty Arek Lerch