DEATHCRUSHER TOUR – dwa w jednym

Gdyby ten sam zestaw kapel pojawił się w Gdańsku 20 lat temu, z podniecenia nie mógłbym pewnie spać przez tydzień. Dziś dostajemy na tacy to, co kiedyś było poza naszym zasięgiem, bądź wymagało sporego wysiłku i poświęceń. Nie trzeba już tłuc się rozklekotanym pociągiem przez pół Polski, ani uważać aby starsi „koledzy” nie skroili cię z biletu albo koszulki. Może to i dobrze, bo jest normalnie. Ale normalność nie wywoła w nas nigdy bezsenności i to nie tęsknota za nią sprawiła, że przyszliśmy na ten koncert.

Deathcrusher Tour: Herod, Voivod, Napalm Death, Obituary, Carcass 11.11.2015, Gdańsk, klub „B90”/12.11.2015, Warszawa, Progresja

Nie jestem w stanie pojąć, po co kapele w rodzaju Herod pchają się na takie trasy. Cztery gwiazdy i jeden zespół znikąd, którym pies z kulawą nogą się nie zainteresuje. Bo też, nie oszukujmy się, nie obchodził ten Herod prawie nikogo. Nie wiem, ile za ich udział w trasie zapłaciła wytwórnia płytowa, oni sami czyVoivod1 ktokolwiek inny, ale moim zdaniem lepiej byłoby te pieniądze zainwestować w coś innego niż pchanie się przed ludzi, którzy będą w tym czasie pozbywać się kurtek, ładować klubowe karty kasą na browary, czy też rozmawiać z napotkanymi przy tej okazji znajomymi. Nie był to być może zły koncert, ale na pewno w tym miejscu i czasie zupełnie niepotrzebny.(MS)
Voivod miałem okazję oglądać już po raz drugi i jak na legendę swojego gatunku rozpoczęli ten występ dość niemrawo. Spora w tym wina kiepskiego nagłośnienia, ale nie tylko w tym tkwił problem. Na szczęście, gdzieś na wysokości trzeciego numeru wszystko zaczęło działać jak należy i kanadyjska maszyna weszła na wysokie obroty. Snake nie jest na pewno posiadaczem potężnego głosu, ale większość tych piosenek trudno sobie wyobrazić z kimś innym za mikrofonem, nawet jeśli jedną ze swoich najlepszych płyt Voivod nagrał bez niego. Uśmiechy na twarzach muzyków, setlista typu „dla każdego coś miłego” i spora ekspresja sceniczna sprawiły, że fanom te występ musiał się podobać. Skłamałbym jednak pisząc, że było to jakieś niesamowite przeżycie.(MS)

To był bodajże szósty koncert Napalm Death, jaki miałem przyjemność oglądać, więc siłą rzeczy wrażenia nie były już tak silne. Gdybym widział ich pierwszy raz, pewnie narzekałbym na skopane nagłośnienie – nie dość, że było kompromitująco cicho, to jeszcze gitara smażyła i zagłuszała wszystko poza wokalem i werblem. Pewnie wspomniałbym też, że Napalm Death, jak na zespół z takim stażem, gra dość wyraźnie krzywo. Być może pozastanawiałbym się, czy John Cooke z Corrupt Moral Altar to najlepszy z możliwych zastępca Mitcha Harrisa… Nic z tego nie ma dla mnie większego znaczenia. Ostatecznie, większość koncertów Napalm Death ze wspomnianych sześciu miała kiepskie nagłośnienie, zespół zawsze trochę się rozjeżdżał grając na żywo, a Harris przecież w końcu wróci. Ważne jest to, że Napalm ciągle rozdaje karty w takim graniu, i to zarówno studyjnie, jak i koncertowo. To niesamowite, żeby z takim stażem i dobijając pięćdziesiątki generować takie pokłady świeżej, witalnej, a zarazem potwornie wściekłej muzyki. I żeby numery z piętnastej płyty zupełnie nie odstawały poziomem od regulaminowych przebojów sprzed kilkunastu lat. Można mniej lub bardziej trawić takie łomoty, ale raz w życiu Napalm Death powinien zobaczyć każdy, w tym wasze babcie, sąsiadki i koleżanki z pracy. (BC)Napalm1

Obituary też już miałem okazję wcześniej oglądać, ale był to koncert festiwalowy, gdzie grali krótko i do tego w pełnym słońcu, co takiej muzyce niespecjalnie pomaga. Czułem więc spory niedosyt, który opisywany tutaj występ na szczęście zaspokoił. Wraz z wejściem zespołu na scenę okazało się bowiem, że za nagłośnienie nie odpowiada osoba głucha czy też niedorozwinięta. Amerykanie zabrzmieli potężnie, a ich prosta w gruncie rzeczy muzyka sprawdziła się w warunkach koncertowych doskonale. Duch Celtic Frost mieszał się z miarowym bujaniem nowojorskiego hardcore’a, a odkurzone kawałki z pierwszych płyt zabrzmiały tak, jakby dopiero co skończyły się lata 80. Jeśli ktoś z przybyłych chciał znowu poczuć się jak nastolatek, to mogło się to wydarzyć tylko podczas występu Obituary. (MS)
Parę lat temu nie pojechałem na wesele kolegi, żeby zobaczyć Carcass na jednym z pierwszych koncertów po reaktywacji. Dziś wydaje mi się to śmieszne, ale wtedy tak było. Obecne aktywności Walkera i kolegów nie mają już w sobie nic ekskluzywnego, a zespół dołączył do ciągle rozrastającego się grona ekshumowanych legend. Po setliście gdańskiego koncertu widać, że wierzą w swoje nowe utwory, i ja tego oczywiście nie potępiam, ale entuzjazmu już nie podzielam. W żadnym razie nie był to zły koncert – ot, porządne, energetyczne widowisko bazujące na nośnych i melodyjnych kawałkach z „Heartwork” i ostatniej płyty, ale to już nie dla mnie. Nieliczne numery z drugiej i trzeciej płyty odegrane były poprawnie, ale słychać było, że wykonuje je inny zespół – ten, który nagrał niemieckie patataje z Surgical Steel, nie zaś grupka nawiedzonych socjopatów od „Symphonies of Sickness”. Sądząc po odzewie publiki i gremialnym „Hej! Hej! Hej” dyrygowanym przez Walkera (bardzo, bardzo irytujący patent), Carcass nieźle nadąża za upływającym czasem. W przeciwieństwie do mnie. Niech i tak będzie. (BC)Obituary1

Podobno Polska jest w ruinie, i pewnie gdzieś indziej jest, ale w B90 nie dało się tego odczuć. Na ten nie najtańszy koncert zbiegły się dzikie tłumy, które stały w kilkunastometrowych kolejkach, kiedy koncert już trwał. Piwo lało się strumieniami, gawiedź wyrywała sobie merch w cenach europejskich. Dla mnie „Deathcrusher Tour” w B90 było raczej festiwalem wspomnień i sentymentów niż jakimś wielce wstrząsającym przeżyciem. Odnotowałem świetną formę Napalm Death i Obituary, ostatecznie pomachałem na do widzenia Carcass i upewniłem się, że Voivod już nic ciekawego (przynajmniej dla mnie) nie stworzy – no chyba, że Eric Forrest wróci i zarządzi nowe „Phobos”. Droga młodzieży, gdzie następcy Wielkich Pionierów? Kto zagra na podobnej trasie za dwadzieścia lat? (BC)
Może to naturalna kolej rzeczy, że na tego rodzaju koncertach cieszy mnie już bardziej możliwość spotkania sporej ilości znajomych, niż muzyka sama w sobie. Prawda jest jednak taka, że gdyby nie ona, większość z nas nie pojawiłaby się tego dnia w tym miejscu. I nie pewnie mielibyśmy ze sobą zbyt wiele wspólnego, gdyby w naszym życiu nie pojawiły się kiedyś te hałasy. Zatem, pomimo siedzącej mi od pewnego czasu w głowie myśli, że wszystko to już widziałem więcej razy niż naprawdę potrzebowałem, muszę przyznać, że tym razem było warto. (MS)A2-carcass_0

Deathcrusher Tour 2015 to wydarzenie, na które wielu oczekiwało z niecierpliwością, toteż tego dnia frekwencja rozsadzała w szwach niemałe przecież pomieszczenia Progresji. Ciężko w takich warunkach nie rozchlapać sobie piwa ale skład wynagradzał te skromne niedogodności.

Na pierwszy ogień poszedł szwajcarski Herod. Nie znałem ich wcześniej, a po opisach typu „post hardcore, slugde” obawiałem się lekkiej zamuły oraz męczenia przysłowiowej buły. Na szczęście, byłem w błędzie. Herod zgniótł dosyć konkretnie, a ich krótkiemu setowi nie brakowało potęgi i klimatu. Brzmienie mocno na plus, choć nieco rezonowała jeszcze nie w pełni wypełniona sala, ale daj Rogaty Panie taką obecność na każdym supporcie.

Voivod to bohaterowie mojego dzieciństwa i niech tak pozostanie, bo jak dla mnie tego wieczora nie wytrzymali próby czasu. Z całym sentymentem i szacunkiem Napalm2dla ich dorobku i umiejętności, brzmieli lekko kulawo. Za mało było gitary, a show był jakiś taki… hmmm… pociesznie skoczny choć niezaprzeczalnie sympatyczny. Oglądając ich set miałem momenty ożywienia, ale to za mało żeby zatrzeć nienajlepsze wrażenie. Brakowało mocy.

Stęskniłem się za coraz bardziej monstrualnym przedziałkiem Shane’a Embury i brykającym po scenie Barney’em. Napalm Death zawsze cieszy. Gorzej niestety bywa z ich nagłośnieniem. Na szczęście, tak źle jak na warszawskim koncercie z Testament nie było. Szału też zresztą nie, czyli brzmieniowo lepiej niż Voivod, chociaż gorzej niż Herod. Energii Anglikom można tylko pozazdrościć i nawet zastępstwo za Mitch’a Harrisa nie bolało. Zaangażowane, społeczno-polityczne gadki pomiędzy kawałkami to coś bez czego żaden występ Napalm Death nie może się obyć, więc i tym razem wysłuchaliśmy kilku przemówień. I pięknie. Jak to się mówi: był wpierdol!Carcass1

Obituary zabrzmiało masywnie i selektywnie, a ich precyzyjne ciężarowe walce systematycznie miażdżyły czaszki zgromadzonych. Osobiście nigdy nie byłem wielkim fanem ekipy z Florydy, ale doskonale rozumiem zachwyty pod adresem tego bandu. W tej powolnej mielonce jest metoda, a doświadczenie Obituary sprawia, że to co robią, stoi na najwyższym poziomie. Było naprawdę dobrze. Bracia Tardy nie zawiedli.

Intro otwierające set Carcass rozbrzmiało punktualnie o 21.55. Na poprzednim warszawskim koncercie nie mogłem, niestety, być, więc było to dla mnie długo wyczekiwane danie główne. No i potwierdziło się: ci typowie na żywo to mistrzostwo świata. Bill Steer to gitarowy wirtuoz w typie Skolnicka. Gęba się sama cieszyła na to co ci goście wyprawiają na scenie, a wyprawiali przez ponad godzinę. Luz i precyzja. Jeff Walker co rusz rozrzucał w tłum butelki z wodą, samemu racząc się piwem. Materiał z „Surgical Steel” Carcass doskonale wpasowuje się w setlistę. Ktoś wyszedł nieusatysfakcjonowany? Bo ja kolejny poranek zacząłem od „Swansong”. Keep on rotting in the free world!

Bartosz Cieślak/Michał Spryszak (Gdańsk, B90), Łukasz Szymański (Warszawa, Progresja)

Zdjęcia: Janek Fronczak