DARK FEST 2015 ‒ Niech żyje zatracenie

Polska scena ekstremalna jest na tyle silna, że z powodzeniem można robić festiwal, którego kręgosłupem są wyłącznie rodzime zespoły. Zagraniczni goście podczas DARK FESTU 2015 byli tylko dodatkiem i ciekawostką, prym wiodły takie marki, jak Vader czy Decapitated. Dwudniowa impreza, choć nie obyła się bez organizacyjnych niedociągnięć, zgromadziła zestaw wspaniałych kapel, które dały znakomite koncerty. Wśród tych, których występy były najmocniejszymi punktami programu trzeba wymienić Furię, Voidhanger, Arkonę, Bloodthirst, Pandemonium czy In Twilight’s Embrace.

Dark Fest, 19-20 czerwca 2015, Gród Rycerski pod Byczyną

Gród Rycerski pod Byczyną w województwie opolskim, w którym odbył się Dark Fest to klimatyczne i charakterystyczne miejsce. Położone nad jeziorem, z atmosferą z innej epoki, otoczone rozległymi polami i lasami. Przypominający miniaturę Biskupina, gród to niesztampowa i urzekająca lokalizacja, świetnie pasująca do metalowej imprezy. Organizator festiwalu miał wyjątkowo ambitny plan. Pierwszego dnia (piątek) na scenie miało zaprezentować się aż czternaście zespołów, co zapowiadało trudny do ukończenia i skrajnie wyczerpujący, metalowy maraton. Pierwsze kapele, Sicphorm oraz Corpus, klasyczne rozgrzewacze, musiały nacieszyć się niewielką grupą słuchaczy. Większość uczestników festiwalu na teren grodu dotarła dopiero w drugiej części dnia, kiedy grać miały większe zespoły. Kolejny, bardziej rozpoznawalny, bo istniejący od ponad dekady Vedonist wyciągnął już z ogródka piwnego sporą część zgromadzonych. Rytmiczny death metal w wykonaniu warszawskiej ekipy okazał się pierwszym mocnym akcentem Dark Festu. Doświadczenie sceniczne muzyków przekuło się na solidny występ.

Poruszająca się w nowoczesnych brzmieniach i stylistyce Materia, także miała swoich fanów na Dark Feście. Koncert kapeli, która nie opublikowała jeszcze swojej dużej debiutanckiej płyty, cieszył się zainteresowaniem. Granie oparte na mocno przesterowanych gitarach, pulsującej sekcji i melodyjnych refrenach ruszył słuchaczy i spotkał się z dobrym przyjęciem. Zdecydowanie więcej osób czekało jednak na PANDEMONIUM. Zespół należący do pionierów polskiego metalu, którego debiutanckie demo ukazało się w 1991 roku, zaprezentował wczesny materiał, jak i ten z ostatniej, znakomitej płyty studyjnej „Misanthropy”. Zasługi łódzkiego kwartetu dla polskiej ekstremy są niepodważalne, więc tym bardziej z przyjemnością oglądało i słuchało się ich oryginalnych kompozycji, które w Byczynie zabrzmiały, jak należy. Powolny, człapiący i budujący napięcie metal załogi dowodzonej przez gitarzystę i wokalistę Paula, to kawał historii i choćby z tego powodu był to jeden z ważniejszych momentów Dark Festu 2015. Pandemonium

Pierwszy dzień festiwalu rozpoczął się ze znacznym opóźnieniem, więc niesprawiedliwością było ogłoszenie organizatora, że następny w kolejce Devilish Impressions jest winny całemu zamieszaniu. Do wyjścia na scenę szykowali się równie długo, jak pozostałe zespoły, więc nakaz zagrania jednego numeru (w ostateczności zagrali trzy), był ciosem poniżej pasa. Niezależnie od wszystkiego, ten zgrzyt wpłynął na atmosferę festiwalu, co odczuć mogli najbardziej sami muzycy, którzy przyjechali zagrać dla fanów, a skończyło się na słownych przepychankach i nieprzyjemnościach. Ostatecznie krótki, ale udany set opolan zainspirowanych Behemothem sprzed dziesięciu lat przeszedł do historii i nie był to występ zły. Grupa, mimo niewielkiej oryginalności własnej twórczości, ma fanów i to jest najważniejsze.

Jedną z dwóch największych kapel otwierającego festiwal dnia było bezsprzecznie HATE, które jest świeżo po wydaniu dziewiątego krążka „Crusade:Zero”. Bardzo aktywna koncertowo (głównie na zachodzie) grupa pod wodzą Adama Pierwszego Grzesznika, dała równy, może nie porywający, ale z pewnością porządny set, który trafił do zebranych, ponieważ pod sceną ustawił się spory tłum. Jako pierwsi zagrali po zmroku, przy sztucznych światłach, co niewątpliwie dodało klimatu muzyce twórców „Lord is Avenger” i „Solarflesh”. Z Pawulonem, perkusistą, który dołączył niedawno do kapeli, Hate pokazało się, jak na prawdziwych fachowców przystało. Intensywnie, bez zbędnego gadania, na poziomie.Hate

Lata lecą nieubłaganie, trendy przychodzą jeden po drugim. Raz na scenie prym wiedzie death metal, raz black metal. Zespoły, labele, magazyny i ludzie pojawiają się i znikają. Wciąż, ponad wszystkim, nieprzerwanie od trzech dekad trwa VADER. Zespół-instytucja, zespół-legenda, zespół-mit. Zespół zorientowanego na jeden cel człowieka, lidera Piotra Wiwczarka. To, że każda kapela z takim dorobkiem i historią ma wśród swoich fanów zantagonizowane frakcje nie dziwi nikogo, kto jest przy zdrowych zmysłach. Są pewnie i tacy, którzy uprą się, że Vader skończył się zaraz po debiutanckim „The Ultimate Incantation”. Na całe szczęście na Dark Feście było także wielu takich, którzy z równą przyjemnością sięgają po ostatni album „Tibi et Igni” (do tej grupy zalicza się autor tych słów), ponieważ wywodząca się z Olsztyna bestia poczęstowała słuchaczy w dużym stopniu najświeższym materiałem. Choć z „Tibi et Igni” poleciały zabójcze na żywo „Go to Hell”, „Abandon All Hope”, „Triumph of Death” czy zamykający cały set „Hexenkessel”, nie zabrakło staroci, ponieważ zabraknąć ich nie mogło. Trudno wyobrazić sobie koncert Slayera bez „War Ensemble”, „South of Heaven” czy „Angel of Death, tak trudno Vadera bez klasycznych już dziś „Dark Age”, „Decapitated Saints”, „Chaos”, „Wings”, „Silent Empire” czy „Carnal”. Perkusista James Stewart demolował naciągi swoich bębnów. Sprawdzał wytrzymałość blach oraz obu central. Grał tak agresywnie i szybko, jakby chciał ów zestaw roznieść w pył. Pająk, idealnie pasujący do roli gitarowego partnera Petera, riffy wycinał z taką radością i pasją, jakby po prostu urodził się w tym celu. Z rutyną i zawodowstwem, ale jednocześnie zaangażowaniem i energią, Vader dał pokaz wielkiej siły. Po raz to już który? Zliczyć nie ma sposobu. Można zwyczajnie ich nie lubić, bo takiego obowiązku nie ma, lecz twierdzić, że to zespół przebrzmiały, to zwyczajna pomyłka.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cudem scena po występie Vader nie legła w gruzach, więc mogli wyjść na nią Ogotay. Zespół, w którego składzie są byli i aktualni członkowie Yattering, Pandemonium czy Mess Age, ogłosił właśnie premierę drugiej płyty „Dead God’s Prophet”. Szybki, intensywny, zagmatwany death metal w wykonaniu grupy z Gdańska zrobił wrażenie, lecz duża część fanów po wstrząsającym secie Vader została zaspokojona hałasem i ulotniła się spod sceny. Podobny, a nawet gorszy los czekał występujące w dalszej kolejności Totem, Hellspawn, Demetria i Neshorn. Opóźnienie osiągnęło tak duże rozmiary, że Naumachia, planowo zamykająca pierwszy dzień festiwalu, zamiast o drugiej w nocy, miała grać o świcie. Niestety, o tej godzinie na terenie grodu nie było żadnych fanów, więc zespół nie wystąpił i trudno się temu dziwić. Szkoda tym większa, że najświeższy album rezydującej w Norwegii grupy „Machine of Creation” to bardzo interesujące wydawnictwo, a piszący te słowa liczył, że usłyszy nowe kompozycje podczas Dark Festu.

Drugi dzień festiwalu (sobota) rozpoczął się planowo i bardzo wcześnie, ponieważ Bękart zameldował się na scenie w samo południe. Poznańska grupa, w której udziela się perkusista Anthem, drogą plebiscytu zagwarantowała sobie udział w imprezie. W bitwie zespołów, która odbyła się w miesiącach poprzedzających festiwal pokonała twardą konkurencję. Podczas występu kolejnych Antiflesh oraz War-Saw, tłum dopiero budził się do życia, a większość skacowanych głów zamiast pod sceną, odpoczywała w cieniu ogródka piwnego.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zespołem, który dał wyraźny sygnał do natarcia był IN TWILIGHT’S EMBRACE. Bezpardonowy, szybki, aczkolwiek nie pozbawiony melodii death metal przygniótł ciężarem, agresją, a zarazem selektywnością brzmienia. Poznańska kapela czeka na premierę nowej płyty i podczas Dark Festu zaprezentowała w dużym stopniu właśnie najświeższy materiał. Trzeci album ITE zapowiada się wyśmienicie i wszystko wskazuje na to, że będzie to krok milowy w karierze kwintetu.

Jednym z dwóch zagranicznych akcentów festiwalu (obok czeskiego Seppuka) był angielski Ethereal. Umalowani i teatralnie wystylizowani niczym Dimmu Borgir z końcówki lat 90. black metalowi wojownicy zagrali głównie kawałki z wydanego kilka miesięcy temu debiutanckiego albumu „Opus Aethereum”. Bardziej dosadnie wypadł tradycyjny speed thrash w wykonaniu BLOODTHIRST, którzy obok numerów z „Chalice of Contempt” uderzyli wybitnymi piosenkami z epki „Żądza krwi”. Chłosta riffami w wykonaniu tej grupy to zawsze gwarancja dobrej zabawy i metalowego lania.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Choć gra w pełnym słońcu to nie szczyt marzeń wielu zespołów, nie przeszkadzało to ARKONIE, jednej z najstarszych, polskich grup black metalowych. Autorzy „Imperium” oraz „Chaos.Ice.Fire” bez skrupułów i litości natarli burzą blastbeatów i ścianą koszących riffów. Założyciel zespołu Khorzon, wspierany przez dwóch członków Taran oraz perkusistę Mord’A’Stigmata, rozpętali piekło godne najlepszych skandynawskich hord. Grupa nie daje o sobie zapomnieć i pracuje właśnie nad nowym materiałem. Po utalentowanym i odmłodzonym składzie śmiało można oczekiwać ponadprzeciętnego wydawnictwa.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wszelkiego rodzaju tribute albumy to najczęściej pocieszne ciekawostki, ale robienie koncertu w oparciu o repertuar innej kapeli to igranie z ogniem. Niesamowicie wypadła z numerami Darkthrone w 2014 roku w Poznaniu Furia, ale próba zmierzenia się z dorobkiem Bathory przez wrocławskie Wölfrider i Dead Mind nie należała do najmocniejszych chwil Dark Festu. Na całe szczęście, chwilę potem kręgosłupy przetrąciła wszystkim czwórka z DECAPITATED. Rozchwytywana od lat na świecie kapela zbiła zebranych na kwaśne jabłko, głównie przy pomocy najnowszych kompozycji z płyty „Blood Mantra”. Materiał, który idealnie nadaje się do grania na żywo, zrobił potworne wrażenie, a brzmienie i forma muzyków była klasą samą w sobie. Zasłonięty gęstą czupryną i brodą Vogg, basista Paweł Pasek, miotający się i wypluwający płuca Rasta oraz niestrudzony perkusista Michał Łysejko, dali popis precyzji i żywiołowości. Rzecz jasna, pojawiły się kawałki z „Carnival is Forever” czy starsze, „Spheres of Madness” oraz „Lying and Weak”.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W międzyczasie zdążyło zajść słońce, co występowi kolejnego zespołu dodało odpowiedniego klimatu. Sztuczna mgła, trupie makijaże i niepokojący nastrój, którym owiana jest twórczość FURII, złożyły się na porywający i hipnotyzujący koncert. W jego trakcie kapela odegrała kompozycje z ostatniej, genialnej płyty „Nocel”. Takie kawałki, jak „Zamawianie drugie”, „Opętaniec” czy „Ogromna noc” wypadły lepiej niż doskonale. Z podobną mocą zabrzmiały „Kosi ta śmierć” oraz „Są to koła”. Nie obyło się bez niespodzianki w postaci nowej, niepublikowanej i niezatytułowanej jeszcze kompozycji. Napięcie i dramaturgia występu Furii to kwintesencja czarnej sztuki. Niezrozumiałej, metaforycznej, złożonej w swej prostocie. Wokalista i gitarzysta Nihil, sprawiający czasem wrażenie zagubionego na scenie, to persona przykuwająca uwagę, jak mało kto.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Prawie do północy trzeba było czekać na rzeźników z VOIDHANGER. Kto wcześniej widział na żywo, ten wie, ich muzyka z głaskaniem po głowie ma tyle wspólnego, co Bob Marley z Vargiem Vikernesem. Skrajnie agresywny, nabuzowany energią death black to rozbijająca mury maszyna wojenna. Ekipa oparta o muzyków Infernal War bez ceregieli poturbowała słuchaczy numerami z pierwszej płyty „Warthprayers” oraz wydanej w 2013, drugiej „Working Class Misanthropy”. Piorunami ze sceny ciskał wokalista Warcrimer, który buńczucznie zapowiadał kolejne kawałki. Zabójczy duet gitarowy Zyklon-Godcrusher, wspierany przez nieugiętego perkusistę Priesta, nie pozostawił żadnych złudzeń, kto rozdaje karty w polskim podziemiu. Zamykający set cover Bathory „Sacrifice” był jak gaszący światło strzał w potylicę. Mimo faktu, że po Voidhanger zagrali jeszcze Squash Bowels oraz Deviation, wielu styranych i wymęczonych słuchaczy opuszczało już w tym czasie gród.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Skład Dark Festu 2015 był z górnej półki. Co do tego nie ma wątpliwości. Największą bolączką była niedoskonała organizacja, z powodu której koncerty pierwszego dnia ruszyły z wielkim opóźnieniem i wywróciły program do góry nogami. Część setów została z tego powodu skrócona, na czym ucierpieli po prostu fani oraz kapele. Na całe szczęście, nagłośnienie było na dobrym poziomie, a akustycy zrobili porządną robotę. Zadbać o lepszą komunikację na linii organizator-zespoły oraz zapewnić bardziej zróżnicowane, ciekawsze jedzenie, to kluczowe przestrzenie do poprawy. Trzeba tego koniecznie dopilnować, aby kolejna edycja odbyła się w jeszcze lepszej atmosferze.

Tekst Adam Drzewucki

Zdjęcia Łukasz Popławski