CRIPPLED BLACK PHOENIX – hity, magia i cukierki

CBP poznałem rok temu przypadkiem, znalazłem się na ich warszawskim koncercie i zostałem kupiony. Dziwnym nie jest, że apetyt rosnąc w miarę jedzenia, tym razem skłaniał ku przemyśleniom czy hype, jaki sobie sam zbudowałem przez te miesiące zostanie zaspokojony. Poznałem ich z płyt, pooglądałem sobie koncerty w necie. Jednym słowem, byłem wyedukowany i wymagający.

9.05 Warszawa, Progresja

Jednak czytelniku, zanim dowiesz się, jak skończyła się ta przygoda, musisz przeczytać o wrażeniach z kapeli poprzedzającej Anglików. Jednej kapeli, gdyż zespołu Watcher nie widziałem – mea culpa!
Obscure Sphinx spodobał się mi wielce. Do tej pory nie wiem czy zasługa tego większa Pani Wokalistki czy muzyki jej kolegów – asekuracyjnie postawię zatem na całość tego, co usłyszałem. Mój szanowny znajomy, Lerch Arek, pokusił się o tezę, że OS staje się pełnoprawnym rywalem Blindead w niszy grania „neurosisowopodobnego” – mogąc skonfrontować oba te zespoły live mogę przedstawić odważną myśl, że na polu koncertowym ta walka jest bardzo, bardzo wyrównana. Blindead bardziej mi odpowiada muzyką, wyobraźnią budowania numerów, Obscure Sphinx ma natomiast tą świeżość, nowoczesność, która połączona z osobą Pani Wokalistki daje wyjątkowość, kto wie czy nie istotniejszą. Właśnie – Pani W. – nie da się ukryć, że robi różnicę. To, że dobrze wygląda i takoż porusza na scenie to na szczęście nie meritum, istotniejsze jest to, że wokalnie panuje na niej bezsprzecznie, charyzmatycznie hipnotyzując ludzi. Ciekawym eksperymentem było obserwowanie twarzy oglądających Obscure Sphinx – wpatrzone w jeden tylko punkt, dają dobitnie do zrozumienia kto jest najważniejszy i ma rząd dusz w garści. Bardzo dobry koncert, będę trzymał kciuki, potencjał jest zajebiście wielki. Oby jak najszybciej zawalczyli na zachód od Odry.
Po walcu muzycznym, jaki zaserwowała Progresji Pani Zosia z kolegami, Crippled Black Phoenix jawił się jako dużo spokojniejsze, rozleniwione medium. Rozkręcali się w swoim secie niesamowicie długo, układ numerów był taki, że najpierw trzeba było przeżyć cukierkową stronę ich twórczości, by zaczęli grać numery mroczniejsze, o większym ciężarze gatunkowym. Poleciały wszystkie hity, była magia, dokładnie ta, którą pamiętałem sprzed roku. O ile na Obscure Sphinx meritum było jedno, tak CBP w swej wielowątkowości muzycznej i osobowej pozwalało na skupianie się na wszystkich elementach sceny. Każdy jest tam urwany z innej bajki, wokalista będący wcieleniem cherubina, gitarzysta żywcem ukradziony z kanadyjskiego lasu, pani od fortepianu będąca ciekawą alternatywą dla Tori Amos czy wreszcie skrzypaczka, której płeć docelowa była przedmiotem sporów dużej części publiczności. Ten eklektyzm ludzi, wątków muzycznych mógłby zakończyć się niezłym burdelem (siostro!), ale akurat ONI mają to coś, co powoduje, że wszystko się zgadza.

Muzykę CBP odbieram bardzo subiektywnie, czuję ją jakoś bardzo w środku, nie rozkładam na czynniki, kupuję całą, niezależnie, czy grają softowo i nieznośnie lajtowo czy też na poważnie, zawstydzając twórców „Times of Grace”. Koniec końców poleciały wszystkie przeboje, ludzie się rozkołysali, pośpiewali chwytliwy fragment Burnta Reynoldsa i było po koncercie. Satysfakcjonującym. Apetyt został zaspokojony…

Słuchał i pstrykał Freak Kozodupnik