COPENHELL – Trochę inna relacja

Ten tekst jest fragmentem większej całości, dziennika, który prowadzę odkąd przeniosłem się do Kopenhagi. Stąd osobiste wtręty, niechęć do trzymania się tematu, niepełny opis poszczególnych występów, lub po prostu brak opisu. Szatan poprosił mnie, bym podzielił się tym tekstem z czytelnikami Violence Online. Jego wolę, jak zawsze, spełniam z ochotą.

 

14-16 czerwca 2013, Kopenhaga, Dania

Dzień pierwszy

Zignorowany.

Dzień drugi

Festiwal zorganizowano na terenach industrialnych, położonych blisko morza. Wysiadamy z autobusu i pierwszym, co nas uderza jest brak metalowej swojskości. Mowa o tabunach kudłatych jegomości żłopiących piwko, pochrapujących w krzakach, wywrzaskujących linie wokalne do swych ukochanych przebojów. Maszerujemy w karnym, gęstniejącym tłumie, który wkrótce przemienia się w potężną kolejkę do opasek i bramek. Kominy biją w słoneczne niebo, pną się wysokie ściany bez okien i nie bardzo wiadomo co za nimi jest. Tu i ówdzie przycupnęły sobie kępki zieleni. Wszystko sprawia wrażenie, jakby na coś czekało.

Miałem pewne, bliżej niesprecyzowane względem tej imprezy, dotąd nie jeździłem po metal na zachód. Ponieważ jestem Polakiem oczekuję, że na zachodzie będzie więcej i lepiej niż u nas czy w Czechach. Ze zdumieniem stwierdzam, że festiwal jest malusieńki. Trzy sceny, duża, średnia i maleńka, przed każdym umiarkowanie rozległa przestrzeń dla publiczności. Ludzie obsypali też wzgórze otaczające teren festiwalu. Całą tę zbieraninę można by spokojnie zmieścić na koncercie halowym. Jak pokaże przyszłość, taki pomysł miałby przynajmniej pozór sensu, ale póki co, nie ma. Przyglądam się tabunom kudładych gości w katanach zapełnionych naszywkami, w skórzanych spodniach, w koszulkach z nazwami zespołów i mam ochotę zapytać gdzie podziewają się na co dzień. Mieszkam w Kopenhadze od półtora roku i przez ten czas nie widziałem na ulicy ani jednego metalowca, nie rzucił mi się w oczy nawet ktoś w koszulce jakiegoś zespołu metalowego.C

W oczekiwaniu na recital grupy In Flames penetrujemy przestrzeń koncertową, jak się okazuje, pełną atrakcji. Merchu jest niewiele, co, jako kolekcjoner t-shirtów rejestruję z rozpaczą, za to oferta gastronomiczna rozciągnęła się na żelki i makarony. Obok gustownego kościoła z odwróconym krzyżem gdzie sprzedają trampki festiwalowe znajduje się kilka trumien, umożliwiających odpoczynek. Jest namiot gdzie można palić cygara, urządzony na podobieństwo salonu (tak, jak metal wyobraża sobie salon). Są kanapki, ławy, z sufitu zwisają dwa nieznośne kolorowe żyrandole oraz obrazy w drewnianych ramach. Nieco dalej rozłożyli się wikingowie, oferując żarcie, piwo, ozdoby, oraz kąpiel w balii i saunę w niewygórowanej cenie pięćdziesięciu koron. Oficjalna koszulka festiwalowa wychodzi naprzeciw współczesnym problemom ekumenicznym – prócz płonących kościołów znajduje się na niej meczet, również w płomieniach.

Chłopaki z In Flames zaczynają napierdalać, tną szlagier za szlagierem, publiczność cieszy się wbrew okropnemu nagłośnieniu, a mnie to nic nie obchodzi. Właściwie, ten występ napełnia mnie smutkiem. Chłopaki dwudziesty rok wygrywają radośnie wściekłe, dynamiczne numery, precyzyjnie oscylując pomiędzy agresją a słodyczą. Nie mogą się ani porządnie wkurwić, ani uradować, zabroniono im nawet melancholii, co słychać w niemal każdym utworze. Dziwne to tym bardziej, że kiedyś ich muzyka coś tam dla mnie znaczyła, przejmowałem się płytami, ale już się nie przejmuję. Wydaje mi się jednak, że radosno-czaderski odłam muzyki metalowej jest skazany na klęskę. Metalowiec może być głupi, smutny, wściekły, zagubiony, optymistyczny, właściwie wszystko mu wolno, poza skalkulowaną agresją i starym dowcipem. Występ jest jednak ciekawy z innego powodu. Dokładnie przede mną, oddalona o kilka metrów kłoci się jakaś para. Nie słyszę słów, tylko metalowy łomot. On tłumaczy się gorączkowo i wykrzywia gębę, ona wymachuje ręką i odpowiada, wszystko w tym ryku, a i oni ryczą na siebie, coraz bardziej karykaturalni ze względu na hałas, kiwają się, wybałuszają oczy, gestykulują jakby próbowali wznieść się w powietrze, a ja zamiast słów słyszę tylko wrzaski lidera grupy In Flames. Tłum zamyka się przed tym dwojgiem. Nigdy nie będę wiedział, czy się pogodzili.

 metalowe dziwadła

metalowe dziwadła

Występ grupy Ghost pozostawia zupełnie inne wrażenia. Pamiętam gdy usłyszałem ich po raz pierwszy i zaraz pomyślałem sobie „oho, ci kolesie zrobią karierę”. Brewiński utrzymuje, że po następnej płycie nikt nie będzie o nich pamiętał, no ale nie ma z nami Brewińskiego. Wszystko się zgadza. Wizerunek jest doskonały pod względem komercyjnym i genialny w swej prostocie – metale przebierali się za różne dziwadła, ale żaden jeszcze papieża nie udawał. Działa. Dorzućmy do tego podniosłą statyczność koncertu, czytelne brzmienie i przyjemną chwytliwość kompozycji i otrzymamy receptę na sukces, póki co drugoligowy, ale to może się zmienić. Ghost nie wykonuje muzyki metalowej, lecz pop oprawiony w umiarkowanie ciężkie brzmienie, z tymi melodiami, z tym, skądinąd doskonałym wokalistą mogliby robić featuringi z Miley Cyrus albo Rihanną i napierdalać plenerowe sztuki dla tłuszczy, choćby i na Błoniach. Papa śle buziaki w publiczność, małpuje wiadomo kogo i szkoda tylko, ze zespół ma problemy z odtworzeniem materiału zamieszczonego na płytach. Chóry, ozdobniki lecą z taśmy, czy czegoś, co taśmą zwykliśmy nazywać.

 Trochę inna relacja

Trochę inna relacja

Nim olejemy koncert Danzig i pójdziemy do domu na whisky (gdzie wybuchnie gwałtowny spór odnośnie wartości muzycznej pierwszych albumów Burzum) zaglądamy do namiotu piwnego. Tu wypada przypomnieć czym jest Kopenhaga, otóż jest to miasto czyste i poukładane jak narzędzia chirurga, o równych chodnikach i odnowionych fasadach kamienic, pełne urokliwych zaułków i przesycone starannie przystrzyżoną zielenią. Ludzie wyglądają jakby wyrośli z tego porządku, jakby byli z nim złączeni jedną ideą ładu pod chmurnym niebem i może dlatego namiot piwny jest najbardziej syficznym, monstrualnie rozpierdolonym namiotem piwnym jaki kiedykolwiek widziałem. Stoły są brudne od butów, oplute i połamane, na ziemi walają się setki plastykowych kufli, szlugi, jakieś łachy, buty i puszki, w tym wszystkim, lekko licząc, dwustu metali stoi, siedzi i wrzeszczy do muzy lecącej z głośników. Ściany namiotu są czarne jak serce Vikernesa, nastrój podkreśla stryczek zawieszony gdzieś w rejonach konsolety. Pijemy piwo i odpoczywamy. Namiot piwny jest jedynym miejscem, gdzie nie dochodzi nawet echo śmiertelnie nudnego występu Alice in Chains.

Dzień trzeci i ostatni

 miłość z dzieciństwa

miłość z dzieciństwa

Docieramy akurat na początek występu grupy Accept, aktualnie dowodzonej przez łysego Niemca i małego Amerykanina. Cóż, trochę dziwi mnie fakt, że moja miłość z dzieciństwa dostała termin wczesnym popołudniem, ale należy uznać, że najlepsze lata mają już za sobą. Niemniej, ten występ potwierdza zasadę, ze metal jest muzyką dla dziadów i dziady powinny się nią zajmować. Panowie wycinają kolejne podniosłe przeboje, maleńki amerykaniec wrzeszczy jakby mieli mu wymienić gardło zaraz po występnie, ludziom nawet się podoba i tylko Agata baranieje słysząc motyw „do Elizy” wpleciony w „Metal Heart”. Metale zawsze mieli szczególny stosunek do muzyki klasycznej i przyjmowali ją wyłącznie w najprostszych formach, jak nie Wagner to serenada spod okienka.

Część naszego składu odmawia uczestniczenia w wydarzeniu kulturalnym jakim niewątpliwie jest recital grupy tanecznej Sabaton. Nieprzyjaciel Sabatona zalega na trawie w piwem w dłoni, a my zasuwamy pod scenę. Jestem ciekaw co to się podzieje, zresztą szanuję ich za pamięć o naszych bohaterach, zwłaszcza, że my o nich już nie pamiętamy. Niestety, występ na żywo obciążony jest tym samym, potwornym brzmieniem co na płytach (Sabaton ma chyba najgorszy sound z całej metalowej topki), poza tym mają ten sam problem co Ghost. Nie mogą odtworzyć materiału zaprezentowanego na krążkach, puszczają chóry z taśmy i tak dalej. Niemniej, nie jest źle, głównie za sprawą wokalisty budującego przyjemny dystans względem własnej twórczości. Sypią się dowcipy o gejach, leci fragmencik „YMCA” z odpowiednią choreografią, z aktywnym udziałem publiczności, koniec końców wokalista rzuca się w tłum, płynie na rękach fanów, a nawet oddaje okulary.

Wojenne dźwięki milkną i następuje coś, czego organizatorzy festiwalu plenerowego nie przewidzieli, a mianowicie ulewa. Namiot piwny błyskawicznie się zapełnia, u Wikingów jest jeszcze gorzej, nasza grupa się rozdziela i razem z Agatą znajdujemy schronienie w tym namiociku, gdzie sprzedają cygara, gdzie są kanapy, żyrandole i obrazy zwisające na sznurach. Nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł, robi się tłoczno, ale przynajmniej piwa można się napić. Zamawiamy kolejne kufle, a namiot ulega metodycznej destrukcji. Cofamy się przed wodą. Łopocze brezent przy wejściu, bujają się żyrandole, a obraz wypada z ram, pod buty tłoczących się metaluchów. Tak sobie stoję z piwskiem, słucham ulewy, patrzę na cienie błyskawic widoczne przez białą ścianę namiotu i wyobrażam sobie, ze to Bóg postanowił zrobić porządek z metalami. Wyjdę i zastanę zniszczone sceny i stoiska z merchem, a King Diamond będzie biegał między hałdami trupów w próżnym poszukiwaniu czapki, którą zwiało mu z głowy.

Najlepszy koncert

Najlepszy koncert

Nic takiego nie następuje, ulewa przechodzi i występ Testament oglądamy już pod słonecznym niebem. To zdecydowanie najlepszy koncert tego festiwalu, choć Tomek utrzymuje, że widział ich w lepszej formie. Metal naprawdę jest muzyką dla dziadów, konkretnie dwumetrowego dziada o indiańskich korzeniach. Chuck Billy ma gardło jak mało kto i wydaje się, że czas nie ma dla niego znaczenia. Można sobie wyobrazić, ze sam jego głos przepędził burzę. Jest zresztą jowialnym, sympatycznym gościem wyraźnie przywiązanym do swojej etniczności i życzliwym względem innych. Gdzieś, pod koniec występu dostrzega dzieciaka, podziwiającego koncert z ramion ojcowskich. Rzuca mu jakiś prezent, zapewne opaskę na przedramię, publiczność przekazuje ten dar, a dzieciak dziękuje ślicznie, układając palce w rogi. A tłuką się, że aż miło, bujająco i wszystko się zgadza, kapitalna perkusja, dobra praca gitar, ten ryk, a przede wszystkim coraz rzadziej spotykana wiara w muzykę, miłość do tego co się robi.

 przebojowy King

przebojowy King

Grupa Down jest nudna, smutna i anemiczna, Anselmo to cham zbuntowany i cały ten szajs odpuszczamy po paru kawałkach. W namiocie piwnym dzieje się sporo, ale o tym później. Wreszcie nastaje północ i King Diamond rusza ze swoim teatrzykiem grozy. Słychać, że rzucenie palenia pomogło facetowi, wysokie wokale rzeczywiście są wysokie i dociągnięte do ostatniej nuty, szkoda tylko, że w pewnych momentach pojawia się drugi, cieniutki głosik. To pani Diamond stoi sobie z boku i dośpiewuje. Cóż, lepiej byłoby bez niej. Niemniej występ potwierdza tezę, że im starzej tym lepiej, leci przebój za przebojem, a sam Diamond cieszy się chyba z faktu, że wyzdrowiał i wrócił na scenę. Scena też niczego sobie, klimatyczna, mroczna, z wielkim pentagramem umiejscowionym w centralnej jej części. Nie rozumiem tylko środków aktorskich, rzekomo ubarwiających cały ten show. Jedna aktorka, parę rekwizytów i tyle. Należałoby, jak chce Agata, zrezygnować z tego całkiem, pozostawiając Diamondowe horrorki w tekstach jakby niedookeślone, albo też – jak ja bym sobie życzył – zrobić przedstawienie z prawdziwego zdarzenia, w stylu wystawnych koncertów Kiss. Na to jednak Diamondowi nie starcza. Niemniej, wraz z dźwiękami kończącego występ „Black Horsemen” nabieram wrażenia, że sam Diamond nie jest facetem, który musi szukać słuchaczy wyłącznie wśród ludzi takich jak ja, kierujących się sentymentem.

Nigdy nie widziałem tylu męskich członków. Nie mogę też powiedzieć, bym specjalnie tęsknił za tym widokiem. Choć teren festiwalu usiano toitoiami, skandynawscy metale leją tak jak stoją, między ludźmi, prawie że na buty. Niektórzy muszą robić uniki przed złotawym strumieniem. W namiocie piwnym trwa zabawa na całego, z głośników lecą znane wszystkim przeboje, a publiczność ryczy. W pewnym momencie na stół wychodzi dziewczyna w obcisłym stroju, z kamerą w ręce. Filmuje, idąc po stołach. Wszyscy machają do niej, wrzeszczą, robią znaki diabelskie. Chłopak siedzący obok mnie, z kolorowymi tatuażami na dłoniach rozpina gacie, ujawniając niewielkiego fiutka. Jego długowłosy kolega natychmiast zaczyna potrząsać tym mięciutkim przyrodzeniem, a dziewczyna nie przestaje kręcić.

Przeżył i spisał Łukasz Orbitowski

Foto Archiwum Copenhell/Morten Skovgaard