CONVERGE – miazga!!

Converge to sceniczne zwierzęta. Taki wniosek dopadł mnie w tramwaju, gdy zmęczony panującym tego dnia upałem wracałem do domu. A w uszach odbijało się całkiem jeszcze głośno brzmiące echo wrzasku: Converge, Converge, Convergeeee!!!! Tak, to był udany wieczór i nawet duży zgrzyt w postaci braku Rotten Sound nie przyćmił tego, że Converge na scenie po prostu zabija a metalowi ekstremiści powinni choć raz wybrać się na koncert hc by zobaczyć czym jest energia na scenie… Wybaczcie mi wakacyjno – letni ton tej relacji, ale doskonała atmosfera panująca tego dnia w Progresji nie wpływała zbyt dobrze na zapamiętywanie szczegółów. Jedno jest pewne – Converge na scenie równa się MIAZGA.

Converge, Calm the Fire, The Dead Goats 19.06.2013 Warszawa; Klub Progresja

Bardzo nad tym ubolewam, ale dotarłem do klubu dopiero w chwili gdy The Dead Goats właściwie kończyli swój pełen luzu i ognia występ. Niestety, ale warszawska komunikacja miejska nie chciała pomóc mi w tym by w pełni doświadczyć na własnej osobie czadu jakim Kozły uraczyły nas tego wieczoru. Dwa numery, które widzC2iałem upewniły mnie tylko w kilku kwestiach. Po pierwsze dźwięki jakie serwuje ten zespół idealnie wręcz nadają się do prezentacji scenicznej. Po drugie The Dead Goats takową prezentację opanowali perfekcyjnie. Po trzecie – następnym razem, który mam nadzieję nastąpi już niedługo, MUSZĘ zobaczyć cały gig tego zespołu. Ogień, czad… szwedzko-białostocki death! Swoją drogą, ciekawostka przyrodnicza, gdyż ostatnio przy okazji koncertu finów RS, właśnie Martwe Kozły nie dojechały na miejsce. Trudno. Takie jest życie.

Następnie przyszedł czas na jubileusz 10-lecia zużywania instrumentów przez chłopaków z trójmiejskiego Calm The Fire. Chciałoby się powiedzieć „to już dekada jak w mordę strzelił” cytując słynnego rapera, ale tak to już jest, że lata lecą nieubłaganie, na szczęście żaden problem dla CTF, bo ich ostatnie dokonania muzyczne naprawdę robią robotę. Zespół ten od jakiegoś czasu znajduje się wg mnie w czołówce hc/crust/punk w naszym pięknym kraju, bez żadnych kompleksów prezentują światowy poziom i trzeba to podkreślić. Warto tutaj wspomnieć o kilku kawałkach zaśpiewanych w rodzimym języku, jak np. „Robactwo” i „Chce mi się wyć”, nie wiem, ale jakoś ostatnio mnie cieszy, kiedy słyszę polskie słownictwo w oprawie ciężkich gitar. Wykonanie bardzo dobre, chociaż oni sami chyba lepiej czują się w mniejszych miejscówkach koncertowych i pewnie jest im raźniej grać gigi, gdzie ludzie skaczą i depczą sobie po głowach, niż wpatrują się z wyraźnym zdziwieniem z końca wielkiej sali, popijając piwko, czy inny napój z procentami, który przy takim upale lasuje mózg. Tak czy inaczej, plus dla nich, że dali sobie z tym radę i wyszli obronną ręką, jak na punków przystało.

 Miazga!

Miazga!

Brak Rotten Sound to dla mnie poważny a w zasadzie jedyny mankament tego wieczoru; o tym dlaczego nie dojechali, wiedzą już chyba wszyscy zainteresowani, więc tego wątku poruszał nie będę. Jak później doczytałem w sieci, w następnych dniach współdzielili już z Converge scenę w innych europejskich miastach. No cóż, może uda się następnym razem.

Ten koncert musiał być udany. Converge wyszli na scenę rozluźnieni (takie odniosłem wrażenie) chętni by przywalić naprawdę mocno i… przywalili tak , że nie było co zbierać. Energia i szaleństwo, jakie biły ze sceny, powały na kolana, duży w tym udział doboru samych kawałków bo Converge skupił się na najbardziej koncertowej (bezpośredniej i kopiącej) stronie swojej twórczości. Na pierwszy ogień „Concubine” z ukochanej przez wszystkich „Jane Doe”, zresztą z tej płyty granych było jeszcze kilka kawałków, np. zaraz potem „Fault”, wprost z mocą kuli wystrzelonej z pistoletu. Po sceną szaleństwo, wyglądało to jak szarpanina pod monopolowym na warszawskiej Pradze. Dalej „Dark Horse”, następnie „Aimless Arrow” z ostatniej, genialnej „What we love, we leave behind”, i szaleństwa ciąg dalszy, aż dziw, że nikt sobie nic nie złamał. Dalej: „Blackout”, „Veins”, „Dropout” i „Homewrecker”. Dwa kolejne hiC3ty z nowego albumu, mianowicie „Trespasses” i tytułowy „What we love..”. Czad. Byłem zadowolony, bo chciałem sprawdzić akurat te kawałki na żywca. Zaraz czyhało jeszcze parę dobrych strzałów, np. ,,Reap your Sow”, albo ,,Cutter” z ,,Axe to Fall”, ,,Glacial Pace”, ,,Empty on the Inside” i ,,Versus” z ,,No Heroes”. Na sam koniec ,,Heaven in her Arms”, potem jeszcze dwa bisy ,,First Light” połączony z ,,Last Light”, także spora część płyty ,,Jane Doe” jako deser. Koncert odbył się bez barierek, na ostatnim numerze część osób, chcąc dodać swoje trzy grosze, wdarła się na scenę, tworząc pile-on, dla nie zaznajomionych w terminologii wygibasów podczas hard core’owych gigów – włażenie jeden na drugiego drąc się do mikrofonu, co, jak dało się zauważyć, bardzo spodobało się samemu zespołowi.

Byłem pod wrażeniem tego, że można grać skomplikowaną przecież muzę i szaleć na scenie jak nastolatek a każdy, kto widział Converge tego wieczoru, widział też, że zespół zostawił na scenie kawał zdrowia. Pisałem o tym, że Converge, gdy wyszli na scenę sprawiali wrażenie rozluźnionych i to było widać przez cały gig – cieszą się koncertem, żywiołowo reagującą publiką i kontaktem, jaki nawiązali z ludźmi już od pierwszych minut. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, chwilami lekko szwankowało brzmienie i przy bardziej połamanych partiach dźwięk zlewał się w mało czytelny chaos, ale przy panującej tego wieczoru bardzo dobrej energii chyba nikt nie zwracał na to uwagi. Converge zagrał gig mistrzowski, energetyczny, mocny koncert i tak jak pisałem we wstępie, nie było co zbierać…

Wiesław Czajkowski&Sam Tromsa

Zdjęcia dzięki uprzejmości Fisty Photography